Modlitwa o Potomstwo

Poznaj świadectwa osób, które modlą się razem z nami o dar potomstwa.

Wszystkie świadectwa publikowane na stronie Modlitwa o potomstwo są osobistym doświadczeniem działania Boga w życiu małżeństw, które poleciły się modlitwie naszej wspólnocie.

#47 świadectwo

Moja historia różni się od większości tutaj… Pierwsze dziecko urodziło się nam kilka dni przed pierwszą rocznicą ślubu- nie można wymarzyć sobie piękniejszego prezentu. Syn został ochrzczony w Matemblewie – właściwie, można powiedzieć, że przez przypadek, bo była to nasza sąsiednia parafia. Po dwóch latach zapragnęliśmy, by nasz synek miał rodzeństwo – po pół roku starań pojechaliśmy na łogosławieństwo do Matemblewa. Był to akurat 8 grudnia, Msza Święta w Godzinie Łaski. W kolejnym miesiącu byłam już w ciąży, która bez żadnych zakłóceń, zakończyła się szczęśliwymi narodzinami drugiego syna jednak kilka dni po porodzie, będąc już z Maleństwem w domu, dostałam krwotoku. Karetka, szpital, utrata przytomności, zdarza się po porodzie. Po dwóch dniach powrót do domu. Po kilku godzinach kolejny krwotok, znowu utrata przytomności w szpitalu – ciśnienie spadło do 60/20. Transfuzja krwi, lekarze załamujący ręce z bezradności, błagałam, by mnie ratowali,bo w domu czekał na mnie noworodek pod opieką męża i starszy synek. Ostrzegali, że dla ratowania życia może być konieczne usunięcie macicy, co w połogu jest śmiertelnie niebezpieczne i wiąże się wiadomo z czym, ale ja chcąc żyć dla dzieci, podpisałam zgodę, mówiąc lekarzom że po tych przejściach i tak już więcej dzieci nie będziemy mieli. Na szczęście obyło się bez operacji. Po tygodniu opuszczałam szpital nadal bez diagnozy, ze wskazaniem do konsultacji hematologicznej. Jednak w wielkim stresie. Po pół roku badań okazało się, że cierpię na wrodzoną skazę krwotoczną.
Na co dzień zupełnie nie odczuwam żadnych dolegliwości , zagrożeniem są operacje i właśnie porody, ale przy podaniu odpowiednich czynników jestem bezpieczna. I tak wiedliśmy życie rodzinne, dopóki po 5 latach nie trafiliśmy znowu do Matemblewa. Chodząc tam już co niedziela, zaczęliśmy nieśmiało myśleć, jak cudownie byłoby mieć córkę. Jednak te marzenia były równie mocne jak strach przed przeżywaniem tego stresu porodowego na nowo. Mój lekarz zdecydowanie radził, by się porządnie zastanowić, czy chcemy podejmować takie ryzyko.
Jednak wszystko oddaliśmy w ręce Matki Bożej Brzemiennej. Zapisałam się nawet do parafialnej Róży Modlących się o Potomstwo- myślałam wtedy, że będę się modlić o potomstwo dla osób z mojej rodziny. Jednak dzień przed pierwszym spotkaniem członków Róży dowiedzieliśmy się, że jestem w ciąży!
Od początku towarzyszyła nam wielka radość i wdzięczność i jakaś niezwykła pewność, że tym razem wszystko będzie dobrze, mieliśmy to ogromne szczęście, że przez cały czas ciąży byliśmy obecni na niedzielnym błogosławieństwie w Matemblewie. Życie naszego dziecka od początku zawierzyliśmy Matce Bożej . Wiem, że to jest Dar, który otrzymaliśmy od Niej. I muszę przyznać, że od początku czułam że to będzie córeczka i poczułam w sercu, że jest powołana w pewien sposób przez Maryję, dlatego wybrałam jej imię Łucja,  jak kiedyś Łucja została przez Maryję powołana w Fatimie. Ciąża przebiegła bezproblemowo, nawet pomimo tego, że dopadł mnie Covid. Łucja urodziła się zdrowa i silna, a poród dosłownie z różańcem w ręku, był tylko dziękczynieniem za otrzymane łaski. Po żadnym poprzednim porodzie nie byłam w tak świetnej formie. Nasza Łucja ma dziś 3 miesiące, jest uśmiechniętą dziewczynką i w każdą niedzielę dziękuje z nami w Matemblewie za dar życia.
I chce razem ze swoją Mamą powiedzieć Wam dzisiaj, że Matka Boża wie najlepiej, co jest nam w życiu potrzebne. Najważniejsze to zaufać jej bez granic!
I my o tym wiemy- kto trzyma z Maryją, wygrywa życie.

#46 świadectwo

Chcielibyśmy podzielić się z Wami Naszym świadectwem- chodź nie ukrywam, że długo zastanawialiśmy się nad tym czy teraz czy jeszcze troszkę poczekać. Jesteśmy w małżeństwie od 08.2018r. Od samego początku byliśmy otwarci na życie i chcieliśmy mieć dzieci. Minęło pół roku, a ciąży brak. Nie ukrywam, że było to dla mnie trudne do zaakceptowania jako kobiety. Postanowiliśmy zacząć działaś w kierunku sprawdzania naszej płodności. Zaczęłam obserwacje cykli, monitoring owulacji u ginekologa, różnego rodzaju aktywności, ziółka i nic. Natrafiliśmy na wspaniałego i bardzo mądrego naprotechnologa – bardzo Boży człowiek. Wyniki były zaskakujące, okazało się, że mam bakterię ureoplazmę, która może utrudniać zajście w ciąże. Więc oboje z mężem musieliśmy brać antybiotyk, aby się wyleczyć – udało się. Następnie miałam robione badanie drożności jajowodów, które okazały się być drożne.
I tak pół roku od chodzenia do naprotechnolga udało Nam się zajść w ciąże. Był to grudzień 2019 r. Radości było co nie miara, powiedzieliśmy rodzinie, że spodziewamy się dzidziusia i czułam jakiś taki wewnętrzny spokój. Na początku marca 2020 r. rutynowo udaliśmy się do ginekologa (był to 12tc.). Okazała się, że serduszko Naszego maleństwa przestało bić.
Brakuje mi słów by opisać co wtedy czułam (smutek, żal, niedowierzanie i pretensje do Pana Boga). Zorganizowaliśmy pochówek dla Naszej Helenki. Po tych wszystkich trudnych doświadczeniach trafiliśmy do grupy modlitewnej „Modlitwy o potomstwo”, była to dla Nas ogromna pomoc szczególnie w tym trudnym dla Nas czasie. Myślę, że nie przez przypadek taka data, jaką jest 8 dzień miesiąca przypadła również i Nam w pamięć i comiesięczne spotkanie z Panem Bogiem w Matemblewie (oczywiście on-line). Jednocześnie dołączyliśmy do róży różańcowej, która dodatkowo umacniała Nas we wzajemnych relacjach małżeńskich. Szybko zaczęliśmy się leczyć i sprawdzać gdzie leży przyczyna straty ciąży. Okazało się, że mam tendencje do zakrzepicy. Po ciąży również została niedoczynność tarczycy. W międzyczasie wyszła insulinooporoność, ale największym problemem i przyczyną były sprawy immunologiczne. Urlop zaplanowaliśmy tak, abyśmy mogli pojechać do Matemblewa i tam pomodlić się o łaskę i dar rodzicielstwa dla Nas. Klęcząc przed Najświętszym Sakramentem w kościele 8.08.2020r. zawierzyłam Matce Bożej Nasze małżeństwo i obiecałam, że za rok przyjedziemy w trójkę. W październiku 2020 r. okazało się, że jestem w ciąży. Strach był większy niż sobie wyobrażałam. Miałam również możliwość skorzystania z badań prenatalnych na NFZ. Wyniki z krwi tzw. test Pappa pokazał wysokie prawdopodobieństwo wystąpienia chorób genetycznych u naszego Okruszka, więc musieliśmy robić dodatkowe badania genetyczne, które pokazały prawie 100% prawdopodobieństwo urodzenia się zdrowego dzidziusia. Zostaliśmy też skierowani na dodatkowe echo serca płodu ze względu na wysoką przezierność karku. Okazało się, że dzidziuś ma dziurkę na sercu. Cały czas rozmawialiśmy z Bogiem co jeszcze Nas spotka w tej ciąży, ale oddawaliśmy mu za każdym razem życie naszego dziecka. Na 2 echu serca okazało się, że dziura zanikła- chwała Panu.
Dzisiaj, myślę sobie, że Pan Bóg odpowiednio kieruje Naszym małżeństwem i życiem. Te trudne doświadczenia dla Nas były tylko umocnieniem Naszej wiary i relacji do samych siebie. W każdym czasie czuliśmy swoje wzajemne wsparcie i mieliśmy w sobie oparcie. Dzisiaj możemy cieszyć się naszym drugim szczęściem, które jeszcze rośnie w brzuszku. Obecnie jestem w 35 tc. i pod sercem noszę Franciszka Józefa. Wierzę, że Pan Bóg doprowadzi Nas do momentu kiedy będziemy mogli trzymać Naszego synka na rączkach, a Helenka opiekuje się z Nami z nieba i zsyła nam potrzebne łaski.
Oczywiście każdego dnia modlimy się za Was Kochani o dar potomstwa dla każdego małżeństwa, które tak bardzo pragnie zostać rodzicami. Mamy nadzieję, że to Nasze świadectwo pomoże chodź jednej osobie w trudnościach i walce w tym trudnym zmaganiu się o dar nowego życia w waszym małżeństwie. Szczęść Wam Boże!

#45 świadectwo

Szczęść Boże, razem z mężem chcielibyśmy podzielić się naszym świadectwem. Staraliśmy się o dziecko około 2.5 roku, po roku starań zaczęliśmy się badać.. U mnie były długie cykle nawet około 50 dni, jednak dietą udało się je skróci. Zaczęłam brać leki na poprawienie owulacji, jednak lekarz zasugerował żeby przebadał się też mąż. Okazało się że u męża jest większy problem. Diagnoza bez in vitro nie ma szans na dziecko.. Zrezygnowaliśmy z tego lekarza gdyż in vitro nie było zgodne z nasza wiara i przekonaniami. Wtedy zaczęłam chodzić do Matemblewa na modlitwy. Po rozmowie z księdzem Andrzejem, spróbowaliśmy naprotechnologii. Powierzyliśmy nasze sprawy Maryi ufając, że zaniesie nasze prośby pod Tron Boga Wszechmogącego. Zaczęliśmy się jeszcze gorliwiej modlić, jednocześnie prosząc bliskich i przyjaciół o wsparcie modlitewne. Zapisaliśmy się z mężem do Róży różańcowej, modląc się codziennie dziesiątką różańca do Matki Bożej z Matemblewa w intencji poczęcia dzieciątka oraz za małżeństwa starające się o potomstwo. Zaczęłam również odmawiać Nowennę Pompejańska w wyżej wymienionej intencji. Często tez siadałam przed obliczem Maryi ze łzami w oczach pytając Ją: „Mamusiu czy ja będę mogła być mama?”. Często się do Niej uciekałam, prosząc aby skryła mnie pod swój płaszcz, aby ze mną była w tych ciężkich chwilach. Po pewnym czasie dotarło do mnie jak Maryja w swej dobroci spieszyła z odpowiedzią… Często odmawiałam Nowennę w drodze do pracy, w pociągu, autobusie czy na spacerach. Bardzo często gdy zaczynałam mówić Nowennę rzucała mi się w oczy kobieta będąca w ciąży, np. zaczynałam odmawiać modlitwę w pociągu, patrzę przez szybę i pierwsza osoba która wychodzi to kobieta w ciąży, idąc na spacer i odmawiając różaniec często widziałam kobietę w ciąży bądź z noworodkiem, to się zdążało na tyle często, ze pomyślałam „to nie może być przypadek!”
Pewnego dnia zadzwoniłam do mojej mamy i powiedziałam „wiesz co mamo, ja wiem, że zostanę matką, tylko zapewne muszę jeszcze poczekać, ale wiem ze to się stanie”. I stało się szybciej niż się tego spodziewaliśmy🙏5 lipca 2020 skończyłam odmawiać 54 dniową Nowennę Pompejańska, a na drugi dzień – 6 lipca otrzymałam pozytywny test z krwi Beta h-CG (był to 5 tydzień ciąży). Ciąża przebiegała bardzo dobrze i bez komplikacji. Co najlepsze mąż sprawdził jak jego parametry i nic się nie poprawiły a dziecko było w drodze. Więc wiara czyni cuda.
Kochani dla nas jest to cud i wielu z naszych bliskich, znając nasza sytuacje tak uważa. Termin porodu przypadał na 8 marca!!! (początek róży różańcowej modlitwy o potomstwo)/ Codziennie dziękuję Maryi, za jej wstawiennictwo, za to że jest przy mnie i wiem ze zawsze mogę na Nią liczyć. Zachęcamy Was kochani, aby uciekać się do Maryi, powierzać jej swoje sprawy, swoja codzienność. Ona wstawia się za nami i wyprasza dla nas Łaski u Boga🌷Pozdrawiamy wszystkich i dziękujemy za wspólną modlitwę.

#44 świadectwo

Jesteśmy małżeństwem 2,5 roku. Zawsze pragnęliśmy założyć rodzinę i mieć dużo dzieci. Niedługo po ślubie poczęło się nasze pierwsze dziecko. Niestety, już po kilku tygodniach odeszło do Pana. To było dla nas bardzo bolesne – z radości zaślubin, bycia razem, pojawienia się nowego życia, nagle przerzuciło nas w ogromny ból. Chcemy zaświadczyć, że w tym całym cierpieniu doświadczyliśmy obecności Pana, który ciągle był z nami. Odejście Frania było dla nas po ludzku ogromnym ciosem i pozostawiło ranę na całe życie, ale świadomość, że nasz synek jest w Niebie, miejscu, które jest celem życia, że kiedyś się z nim spotkamy, zmienia wszystko. Nie wyobrażamy sobie przeżycia straty bez perspektywy wiary i Nieba. W tej całej sytuacji Pan Bóg wyciągnął dla nas mnóstwo dobra.
Pomimo skomplikowanych procedur, udało nam się pochować Frania – bardzo nam pomaga w przeżywaniu straty mieć gdzie pojechać, pomodlić się.
Wcześniej często oceniałam inne małżeństwa, tj. czy mają dzieci czy nie, ile dzieci mają, jak żyją itd. Dzięki naszemu doświadczeniu, zaczęłam patrzeć na innych miłosiernie, a nie oceniająco. Czas po stracie był bardzo trudny, wszyscy znajomi naokoło cieszyli się z narodzin, a my tkwiliśmy w tej perspektywie, że może w ogóle się tego nie doczekamy. W tym czasie, Pan powoli uczył mnie nie zazdrościć innym, odnajdywać swoją wartość nie w tym, co udało mi się „osiągnąć”, ale w byciu dzieckiem Boga, odkrywać radość w byciu blisko Niego i oddawać wszystko Jemu. Dzięki naszemu doświadczeniu, znaleźliśmy się w Róży, za co także jesteśmy bardzo wdzięczni. Po stracie dziecka brakowało nam w Kościele miejsca dla takich osób. Bycie w Róży – codzienna modlitwa, uczestniczenie online w adoracjach czy rekolekcjach – daje duży pokój serca. Dziękujemy za tę posługę. To doświadczenie mocno otworzyło nas na cierpienie małżeństw starających się o potomstwo.
Kiedy podjęliśmy starania o drugie dzieciątko, przez dłuższy czas zupełnie nic się nie działo. Pod względem medycznym, coraz pojawiały się jakieś nowe trudności, a leczenie przynosiło nikłą nadzieję. W zeszłym roku pojawiła mi się torbiel w jajniku, przez długi czas nie miałam miesiączki, w tym momencie się poddałam, stwierdziłam, że ja już nie mogę nic zrobić i już nie chce się tym zajmować. Odpuściłam. I wtedy, w kolejnym cyklu, zupełnie niespodziewanie, dowiedzieliśmy się, że poczęło się nasze drugie dziecko. Radość ogromna, a zdziwienie jeszcze większe!!! Światełko w tunelu, które dało nam wielką nadzieję. Obecnie jesteśmy w 25 tygodniu ciąży – czemu też nie mogę się nadziwić, że to nowe życie trwa już 25 tygodni. Cieszymy się z każdego kolejnego dnia razem i jesteśmy za niego wdzięczni Panu, już teraz, gdy jeszcze nie możemy wziąć na ręce naszego Maleństwa. Codziennie zmierzamy się z ogromnymi obawami, ucząc się jednocześnie ufności, oddania wszystkiego Jezusowi. Bardzo byśmy chcieli cieszyć się byciem razem z naszym Maleństwem, ale oddajemy to Jemu. Chwała Panu! Za Jego Obecność w naszym życiu i w nas, za nadzieję, którą nam daje.

#43 świadectwo

Z moim mężem zaręczyliśmy się 3 tygodnie po pierwszej randce w lutym 2015 roku a już w czerwcu wzięliśmy ślub. Jak to jednak bywa w życiu, wielkie szczęście często miesza się z cierpieniem. Między zaręczynami a ślubem została zdiagnozowana u mnie cukrzyca typu pierwszego (na ten moment jest to nadal choroba nieuleczalna). Z prezentów ślubnych kupiliśmy pompę insulinową, żeby mieć lepsze wyniki i zaczęliśmy starać się o nasze pierwsze dziecko. Oboje mieliśmy już 35 lat i nie wiedzieliśmy co będzie. Marzyliśmy o dużej rodzinie. Stał się pierwszy cud – przy pierwszej próbie zaszłam w ciążę i w kwietniu 2016 urodziłam naszego syna. Gdy miał trochę ponad rok zapragnęliśmy mieć drugie dziecko. Przy kolejnej próbie zaszłam w drugą ciążę. W sierpniu 2018 urodziła się nasza córka. Gdy skończyła rok postanowiliśmy zgodnie z naszym pierwotnym planem i wielkim marzeniem, starać się o trzecie dzieciątko. Byliśmy bardzo pewni siebie, bo ostatnie dwie próby udały się od razu, a tu niespodzianka – miesiąc mijał za miesiącem i nic. Zaczęłam chodzić do lekarza – wszystko dobrze – byłam zdrowa. USG wskazywały książkowe owulacje, dobre wyniki, żadnych przeciwwskazań. Cukrzyca pod kontrolą. W Marcu 2020 przeczytałam o rozpoczynającej się róży różańcowej. Dołączyliśmy. Codziennie modliłam się daną mi tajemnica różańca, przy każdej możliwej okazji razem z mężem. Każdy nowy cykl rodził nadzieję, każda miesiączka była ogromnym rozczarowaniem, bólem, dniem pełnym pytań o powód – dlaczego nie mogę zajść w ciążę? Zaczęłam czytać o niepłodności wtórnej i o tym z jak wielkim niezrozumieniem otoczenia się ona wiąże. Mało kto rozumie dlaczego tak można cierpieć z braku kolejnej ciąży, jeśli ma się już dzieci. Ale ja cierpiałam, płakałam i oddawałam mój ból Bogu.
Pod koniec kwietnia spakowaliśmy samochód i uciekliśmy od pandemii w mieście do naszej chatki w lesie na Mazurach, gdzie zamieszkaliśmy we czwórkę do końca maja. W trakcie tego pobytu miałam spore krwawienia ale pomyślała, że to po prostu dziwna miesiączka. Po powrocie do miasta, równo 1 czerwca poszłam na USG do ginekologa. I szok. Usłyszałam: „Jest Pani w ciąży, ale ciąża jest do usunięcia, ponieważ nie tylko jest pozamaciczna, ale znajduje się w bliźnie po cięciu cesarskim i w każdej chwili może wywołać krwotok.”. Załamałam się. Wróciłam do domu z prezentami na dzień dziecka do moich maluchów i siedziałam jak zahipnotyzowana. Mam usunąć ciążę o którą staraliśmy się od wielu miesięcy? Mam zabić dziecko o które się modliłam? Nie mogłam spać od łez. Następnego dnia oglądało mnie już dwóch ginekologów i oboje potwierdzili ciążę w bliźnie po cięciu cesarskim. Ale stał się cud! Oboje stwierdzili, że nie ma w środku życia – ciąża jest patologiczna i nie ma w niej zarodka. 7 tydzień, pusta ciąża. Trzeba ją usunąć, ale nie ma w środku dzidziusia. Położyłam się do szpitala gdzie leżałam 2 tygodnie. Płakałam codziennie, bo mimo radości z braku dziecka w środku pęcherzyka ciążowego,cały czas straszono mnie, że jeśli dojdzie do krwotoku będą musieli wyciąć mi macicę. Lekarze nie mogli od razu operować ze względu na ryzyko, więc musiałam leżeć i czekać aż beta hcg spadnie. Codziennie modliłam się i błagałam Boga o litość, o cud żeby móc wyjść ze szpitala z macicą, z nadzieją. Po 2 tygodniach beta spadła i szykowałam się do operacji. Tuż przed nią kazano mi podpisać dokument, że na wypadek powikłań zgadzam się na usunięcie macicy. Podpisałam ze łzami w oczach i różańcem w ręku. Operacja trwała 3 godziny i gdy tylko odzyskałam przytomność zapytałam: czy udało się uratować macicę? Tak, brzmiałą odpowiedź. Kolejny cud. Musiałam przez 6 miesięcy czekać z kolejną próbą zajścia w ciążę. Od grudnia staramy się ponownie i modlimy codziennie. Minęły 3 cykle i na razie bez skutku. Nadal jest mi ciężko psychicznie, ale nie tracę nadziei.
Na moje 41 urodziny mąż zabrał nas wszystkich do Sopotu na krótkie wakacje. Przypomniałam sobie o Sanktuarium Matki Boskiej Brzemiennej w Matemblewie. Od razu napisałam z pytaniem czy jest organizowana msza święta, ponieważ moje urodziny wypadają dokładnie 8 lutego (a pamiętałam, że to 8 każdego miesiąca są Msze i czuwania dla małżeństw pragnących potomstwa). Pojechaliśmy w wielkiej śnieżycy do Sanktuarium, ostatni kilometr pokonaliśmy na sankach, ponieważ śnieg zasypał wszystko. Po Mszy wspięliśmy się żeby pomodlić się przed Matką Boską Brzemienną. Nigdy nie zapomnę tej chwili. Staliśmy tam we czwórkę, modląc się o trzeciego dzidziusia dla naszej rodziny. Poczułam tak ogromny spokój i ufność. Matka Boska wyglądała tak nieziemsko pięknie a wkoło spadały ogromne płatki śniegu. Wracaliśmy z uśmiechem na twarzy i radością w sercu, a na parkingu spotkaliśmy Agnieszkę i Mirka, którzy zorganizowali tę Różę Różańcową. W życiu nie ma przypadków. Nie poddajemy się i ufamy, że kiedyś Pan Bóg się nad nami zlituje i da nam nasze upragnione trzecie dziecko. Do tego czasu modlimy się, ufamy i cieszymy tymi cudami, którymi już nas dobry Bóg obdarzył. Dziękuję za modlitwę wszystkim parom, które modlą się w też w naszej intencji w tej Róży Różańcowej. My też modlimy się za Was i wierzymy, że będą działy się cuda małe i duże.

#42 świadectwo

Musimy opowiedzieć naszą historię, ponieważ widzimy w niej Bożą obecność, opiekę , a także wstawiennictwo naszych Świętych Orędowników. Modląc się o potomstwo, obiecywałam świadczyć o tym, jak Pan Bóg działa w naszym życiu. Dlatego to piszę …
Jesteśmy małżeństwem od 2012 roku. Od początku byliśmy otwarci na nowe życie, ale po dwóch latach bezowocnych starań bardzo mocno zaczęłam prosić Pana o łaskę potomstwa. Długo czekaliśmy, mijało 7 lat od ślubu, w tym czasie robiliśmy, co po ludzku było możliwe. Kilka lat kosztownego leczenia, m.in. naprotechnologii, wizyt u lekarzy, hospitalizacji, łykania leków, zastrzyków itp. Towarzyszył temu stres, rozpacz, bezsilność i pretensje (czemu inni mają dzieci, a my nie, a przecież tak bardzo ich pragniemy… ). Ale mimo wszystko cały czas towarzyszyła nam ufność w Bożą Opatrzność, że mimo wszystko będzie dobrze i Pan Bóg obdarzy nas potomstwem. Ten czas bezpłodności oddawałam Panu, jako nasz krzyż i modliłam się, prosiłam, ufałam … Znalazłam także stronę Modlitwa o potomstwo. Czytałam świadectwa par już cieszących się z rodzicielstwa. Dowiedzieliśmy się, że niedaleko naszego miasta , w Chodlu, 8 lutego 2020 r. jest odprawiana Msza Św z modlitwą o potomstwo. Byliśmy tam wtedy. Jak się okazało już wtedy byłam w ciąży. Dwa dni później pokazał to test i wyniki krwi. W końcu przyszedł dla nas czas radości, choć przyznam, że na początku lekko w to niedowierzaliśmy. Szybko przyszedł pierwszy lęk o maleństwo – krwawienia, jeszcze przed pierwszą wizytą, na której lekarz potwierdziła, że „coś tam widać”, ale karty ciąży jeszcze nie założyła. Bardzo się wtedy bałam i błagałam Pana, żeby zachował dla nas to Życie. Dostałam leki, leżałam, udało się doczekać do 3. marca, do kolejnego USG, które miało potwierdzić (daj Boże) ciąże.
Ogromną radość przygotował dla nas Pan Bóg tego dnia. W badaniu lekarz nam pokazała nie jedno, a dwa Życia, które rozwijały się pod moim sercem. Pan Bóg zawsze daje w obfitości. Nie tylko to o co Go prosimy, ale zawsze dużo więcej. Nawet nam przez myśl nie przeszło, że możemy mieć dwoje dzieci naraz. A tu taki piękny dar od Najwyższego. Ogromnie się cieszyliśmy. Dalej ciąża przebiegała dobrze, bez komplikacji, wiadomo, pod dużą kontrolą jako ciąża bliźniacza, a więc wysokiego ryzyka, w dodatku z moją przewlekłą chorobą, jaką jest nadpłytkowość. Trwały przygotowania, remonty, zakupy, kontrole lekarskie. Początkowo czekaliśmy na dwie dziewczynki, jak się później okazało spodziewaliśmy się syna i córki – no to już w ogóle był szczyt radości – dzieci rozwijały się zdrowo. Przyszedł sierpień, 7 miesiąc ciąży. Spodziewaliśmy się, że ciąża bliźniacza może zakończyć się przedwczesnym porodem. Każdy dzień robił się teraz na wagę złota. Poczułam lekkie bóle brzucha. Badanie potwierdziło, że zaczynają się skurcze, ponieważ Anusia, nasza córka uciska na szyjkę. Śmialiśmy się wtedy, że chce się już wydostać. Położono mnie w szpitalu, sytuację udało się unormować, skurcze ustały, ale spodziewałam się pobytu do samego rozwiązania. Nie lubię szpitali, ale to dobrze, że byłam już pod okiem lekarzy, w razie czego …. Cóż złego mogło się teraz stać? Ciąża już w 32 tygodniu. Czekaliśmy tylko na cc. Każdego dnia oczywiście zawierzałam nas Bożemu Miłosierdziu, prosiłam naszych Świętych Orędowników oraz Aniołów Stróżów o opiekę nad naszymi dziećmi. Przyszedł kolejny dzień pobytu w szpitalu, 25 sierpnia. Poranne KTG pokazało dwa bijące serduszka i lekkie skurcze. Narazie nie było decyzji o rozwiązaniu ciąży, choć poprzedniego dnia już podpisałam zgodę na przedwczesne cc. Rutynowe badanie przy porannej wizycie lekarskiej także było ok – szyjka zamknięta. Wysłano mnie na USG. lekarz badał I bliźnię – wszystko ok, towarzyszyła nam luźna pogawędka, żarty, śmiechy, że dziewczynka ‘podjada’ chłopca, bo jest większa „jak to baba” (trochę mnie to zdziwiło, bo dzień wcześniej większy i cięższy był syn). Lekarz zjechał sondą na II bliźnię. Zrobiła się cisza. Wyszedł z gabinetu, wrócił natychmiast z całym gronem lekarzy z oddziału. Spojrzeli, pokiwali głowami. Ordynator zakomunikowała mi: „Proszę pani, rozwiązujemy panią. Jedno dziecko nie żyje, trzeba ratować drugie.” Dalej wszystko działo się bardzo szybko. Krzyczałam tylko, że chcę zadzwonić do męża. Udało mi się wykrzyczeć mu do słuchawki „ Biorą mnie na cesarkę!!! Mateuś nie żyje, trzeba ratować Anię!! Mąż wsiadł w auto i pędził do nas 40 km. Ja już byłam na sali operacyjnej, prosiłam łkając, że „chcę zobaczyć swoje dzieci” i szeptałam „Jezu ufam Tobie”…
Obudziły mnie pielęgniarki, pytając czy już? czy jestem gotowa?-Powiedziały, że podają mi córkę i że to ona nie żyje. Lekarz podczas USG nie sprawdził płci dzieci, dlatego zostaliśmy wprowadzeni w błąd. Trzymałam w ramionach naszą Anusię. Była śliczna. Cieplutka. Maleńka, wyglądała, jakby spała. Pytałam, te kobiety – „ale ona jest ciepła, może da coś się jeszcze zrobić” – przecząco kiwały głową. Zapytałam o syna – „żyje, wszystko dobrze, jest badany na oddziale wcześniaków”. Mateuś ważył 1640 g, Anusia 1375 g, była zdrowa. Lekarze powiedzieli, że w pępowinie poszedł zator. To była chwila. Nic nie mogli zrobić. Modliłam się, by Pan Bóg nie zabierał nam Mateunia: „Anusia już jest u Ciebie Panie, zostaw nam Mateunia, niech żyje na Twoją chwałę”. Tego dnia, wieczorem poprosiłam, by położne ochrzciły naszego syna. Zapytały o imię – Mateusz (hbr. Matanjah – dar od Boga).
Nasz syn był w szpitalu przez pierwsze 6 tygodni swojego życia. Sam. Mąż przez ten czas widział go tylko dwa razy. Ja mogłam odwiedzać go dwa razy w tygodniu, spędzając z nim godzinę. Przez pandemię wprowadzono takie okrutne dla dzieci i rodziców obostrzenia. Rozłąka z nowonarodzonym synem, utrata córki – to były dla nas ciężkie tygodnie, ale tym czasie zaszło też w nas sporo zmian. Zaczęliśmy się codziennie, razem modlić. Najpierw wołając do Pana o życie i zdrowie dla syna a teraz już po prostu, zwracamy się z powszednimi sprawami – modlimy się, jako małżeństwo, jako rodzice, jako rodzina.
„Ubranko” naszej córki, jej ciało złożyliśmy do grobu 3 września. Tego dnia, w czasie Mszy dziękczynnej dziękowaliśmy za dar życia Ani i Mateusza, prosiliśmy razem z naszymi najbliższymi i przyjaciółmi za naszą rodziną. Wiemy, że modliło się za nami wiele osób, zarówno prosząc o dar potomstwa dla nas, jak i powierzając naszą czwórkę panu Bogu w czasie oczekiwania na narodziny, czy wtedy, kiedy maleńki Mateusz walczył o zdrowie. Te modlitwy to także piękny owoc tego czasu.
Dziś nasz syn Mateusz kończy pół roczku, jest piękny, rozwija się zdrowo i niech rośnie na chwałę Pana. Mija także 6 miesięcy od kiedy mamy swoją orędowniczkę w niebie, świętą córkę Anusię. Wierzymy, że te piękne, ale i trudne doświadczenia, to był czas łaski dla nas. Już wydał, ale na pewno jeszcze wyda wiele pięknych owoców. Codziennie dziękujemy Panu Bogu za nasze dzieci, za to, że możemy być rodzicami. I nie rozpaczamy po śmierci córki, mimo że po ludzku to naturalne, bo ufamy, że jest już świętą w chwale Pana.

#41 świadectwo

Mam na imię Ania. 3 lata temu szczęśliwie wyszłam za mąż za wspaniałego człowieka. Oboje chcieliśmy mieć dzieci. Różnica polegała na tym, że ja chciałam jak najszybciej, a mój mąż chciał najpierw wybudować dom. Chodziłam regularnie do ginekologa. Lekarz stwierdził, że mam zbyt duży testosteron i musi mi przepisać hormony. Podczas każdej miesiączki miałam depresję. Płakałam. Każdego miesiąca miałam nadzieję, że Bóg obdaruje nas dzieckiem. Nadszedł ten piękny czas kiedy powiedzieliśmy Bogu „tak” oboje. Jeden cykl i nic. Drugi – też nic. W połowie czerwca znalazłam się u ginekologa na USG. Niepokoiło mnie, że w ostatnich dniach cyklu plamię. Ginekolog stwierdził, że to może być polip. Zaczęłam odmawiać nowennę rozwiązującą węzły prosząc o uleczenie z polipu. W kolejnym cyklu zmiany już nie było. 29 czerwca 2020 roku wstąpiłam do róży modlących się o potomstwo – wiedziałam, że naszej ukochanej Mamie Jezus nie odmówi niczego. Powiedziałam bliskim, że nie możemy począć dziecka i prosiłam o modlitwę. Modliły się za nas nasze babcie, mamy, ciocie, kuzynki, wszyscy! Leżałam z różańcem w ręku, patrząc na obrazek Matki Bożej i płakałam odmawiając różaniec. W tym czasie nastąpiło uzdrowienie mojej duszy. Uwielbiałam Boga w naszej niepłodności. Nie zaszłam w ciążę w sierpniu i nie byłam tym rozgoryczona. Podczas czytania na Mszy Świętej dotknęły mnie słowa: „za rok będziesz pieścić swojego syna”. Pewnej nocy przyśniła mi się Maryja. Widziałam tylko zarys jej głowy. Biały welon, niebieską szatę. Nie widziałam twarzy. Bił od niej niesamowity blask. Głos miała piękny, niedopisania. Czułam jej miłość, współczucie, to że chce mnie uspokoić. Powiedziała do mnie: ”urodzisz w czerwcu”. Słyszałam w myślach głos Maryi: ”zostaw to mnie”, ”zostaw to dla mnie to ja się tym zajmę”. Zbliżał się wrzesień, a ja byłam spokojna. Mąż zabrał mnie na wycieczkę w weekend, w aucie odczytuję powiadomienie, że róża modlących się o potomstwo zaprasza do pogłębienia kontaktu z Maryją w Szkole Maryi. W połowie września rozchorowałam się. Modliłam się Boże Ty wiesz jak marzę aby to były objawy ciąży, ale jeśli nie zasługuję, jeśli Twoje plany są inne to ok. Pierwszy test nic nie wykazał. Postanowiłam zakupić drugi. Obudziłam się ok. 2 w nocy w sobotę 19 września 2020 roku. Czułam jak całe niebo huczy nade mną: „idź zrób ten test”. Odmówiłam różaniec. O 3 w nocy zrobiłam test i zobaczyłam 2 kreski. Omal nie zemdlałam. Termin porodu to 26 maja. Koniec maja to już prawie czerwiec… Chcę powiedzieć, że nie trzeba być poważnie niepłodnym, żeby doświadczyć frustracji jaka wynika z braku wymarzonego potomstwa. Może fizycznie staraliśmy się 4 miesiące, ale psychicznie doświadczałam niepłodności 2 lata. Zachęcam do gorliwej modlitwy, ale i zmienienia całego życia. Niech Wasze leczenie będzie prowadzone przez Maryję, niech Ona Was prowadzi do lekarzy przede wszystkim do Nalepszego lekarza świata jakim jest nasz Bóg. Dla Niego nie ma rzeczy niemożliwych. Nadal trwam w modlitwie dziękując za naszego Michałka i prosząc za Was kochani abyście mogli się cieszyć swoimi ukochanymi dziećmi. Musicie uwierzyć, że tak będzie i pozwolić Bogu działać. Uwielbiajcie Boga w swojej niepłodności, aby mógł przemieniać Wasze życie. Pozdrawiam, Ania

#40 świadectwo

Witajcie ponownie, zanim się z Wami na dobre pożegnam, czuję się zobowiązana aby dać świadectwo. Opowieść zaczyna się ponad 8 lat temu, gdy nie udawało się nam z mężem zajść w ciążę. Wtedy po dłuższym „wolnym” od Pana Boga zaczęłam się modlić o dar potomstwa. Prosiłam szczególnie o pośrednictwo Jana Pawła II w tej prośbie. Zostałam wysłuchana i 7 lat temu urodził się nasz syn. Od tamtej pory zaczyna się moja powolna przemiana i stawianie kroczków bliżej Taty Niebieskiego i jego Syna Jezusa Chrystusa. Gdy syn miał ok. 1,5 roku otrzymaliśmy opinię o potrzebie wczesnego wspomagania rozwoju ze względu na duże zagrożenie niepełnosprawnością (zaburzeń ze spektrum autyzmu). Modliłam się o jego pełną sprawność i zdrowie. Dodatkowo nieustannie syna stymulowałam zajęciami ze specjalistkami i zabawą sensoryczną w domu. Skutek został osiągnięty i dziś mój syn jest zdrowym, bardzo mądrym chłopcem a po skłonnościach z przeszłości nie ma śladu. Po tym bardzo trudnym dla naszej rodziny czasie trudno było się zdecydować na drugie dziecko. Jednak w 2017 r. okazało się, że jestem w ciąży. Mąż nie był zachwycony a ja byłam w strachu. Po 11 tygodniach poroniłam. To był ponownie trudny etap w naszym małżeństwie. Miałam do męża pewien żal, że to nas dotknęło z powodu jego niechęci do dziecka. Sięgnęłam po alkohol, codziennie popijając lampkę – dwie wina czy butelkę piwa. Trwało to do 1 stycznia 2019r. gdy podczas spowiedzi usłyszałam, że jestem uzależniona mocno się zdenerwowałam tymi słowami i postanowiłam odmówić nowennę do Matki Bożej rozwiązującą węzły o uzdrowienie z choroby alkoholowej. Od tamtej pory do chwili obecnej nie piję alkoholu. Właśnie w styczniu 2019r. zaszłam w trzecią ciążę, która również skończyła się poronieniem po 8 tygodniach. Wtedy zaczęłam drążyć temat, czytać fora kobiet z podobnymi przejściami i zaczęłam – trochę z pomocą lekarzy, trochę na własną rękę – diagnozę.We wrześniu 2019 r. zaszłam w ciążę po raz czwarty i po kilku dniach ją poroniłam. Poddaliśmy się z mężem badaniom genetycznym, z których wynikło w skrócie, że mam trombofilię i konieczne jest przyjmowanie odpowiednich leków, aby zajść i utrzymać ciążę. Zaczęłam przyjmować acard i 8 marca 2020 r. rozpoczęłam modlitwę różańcową z Wami w Róży Różańcowej. 19 marca 2020 r. w dzień wspomnienia Św. Józefa – test ciążowy pokazał 2 kreski. Kolejnego dnia przyjmowałam już zastrzyki z heparyny i tak aż do porodu. 16 listopada 2020 r. urodziła się nasza zdrowa córeczka, w dzień wspomnienia Matki Bożej Miłosierdzia. Życzę wszystkim małżeństwom starającym się o potomstwo łaski, o którą proszą. Niech Matka Boża Miłosierdzia ma wszystkich w swojej opiece.  Z Bogiem…

#39 świadectwo

4 lata temu obiecałam Panu Bogu, że jeżeli zostanę mama będę wspierać modlitwa małżeństwa, które po ludzku tak jak my nie powinny zostać rodzicami. Miesiąc później zaszłam w ciążę a po 9 miesiącach na świat przyszła nasza pierwsza córka Miriam. Jej życie jest początkiem tego dzieła i modlitwy 8 dnia miesiąca. Dziś chciałabym podzielić się z Wami naszym drugim świadectwem. Rok temu zaczęłam odmawiać Nowennę Pompejańska prosząc Maryję o światło dla naszej wspólnoty w prowadzeniu tego dzieła i dar potomstwa dla małżeństw za które się modlimy. Rozpoczęłam modlitwę 8 marca, wtedy kiedy powstała róża różańcowa. Gdy zobaczyłam datę zakończenia Nowenny czułam mocno prowadzenie Maryi (kończyłam ją w dzień w którym poczęła się Miriam). W trakcie trwania modlitwy, dzień przed rozpoczęciem mojego cyklu przyśniła mi się Maryja, była taka piękna jak z obrazu Kecharitomene i powiedziała mi że: „najważniejsza jest deklaracja życia”. Po urodzeniu Miriam nigdy nie miałam odwagi prosić Boga o kolejne dziecko, czułam, że i tak dostałam tak wiele, że o więcej nie mam prawa prosić. Modliłam się za innych. Za naszych przyjaciół którzy starają się o potomstwo, ludzi ze wspólnoty i małżeństwa, które poleciły się naszej modlitwie. Jak każdego dnia towarzyszy się parom, które mają trudności w poczęciu dziecka i czyta ogrom świadectw i odpisuje na setki wiadomości każdego miesiąca człowiek przestaje myśleć o sobie. Gdy kończyłam Nowennę okazało się, że jestem w ciąży. Radość przeplatała się z lekiem, jak to będzie w szczególności, że mój pierwszy poród zakończył się krwotokiem po którym ledwo uszłam z życiem. Cała ciąża była bardzo ciężka do końca nie wiadomo było jak się zakończy i czy uda mi się donosić i szczęśliwie urodzić maleństwo. Od 32 tygodnia ciąży musiałam leżeć. Na ostatniej adoracji na której byliśmy pojawiło się Słowo Poznania że: „jest tu kobieta, która bardzo boi się porodu, Pan mówi jej: Nie lękaj się, kto oddał Mi swoje życie, nigdy go nie straci”. Czułam, że te słowa Bóg mówi do mnie… Tego też dnia dostałam od księdza proboszcza z Matemblewa małą figurkę Matki Bożej Brzemiennej. Figurkę spakowałam do torby i zabrałam ze sobą do szpitala… 26 grudnia zaczęłam rodzic. Po 4 godzinach porodu dziecku zaczęło spadać tętno, a że nie miałam pełnego rozwarcia (zaledwie 6 cm) lekarze postanowili zrobić cięcie cesarskie. To była szybka akcja, trwała zaledwie 5 minut. Zdarzyłam podpisać papiery a lekarz się przebrać. W tym czasie Bartek mój mąż poprosił Matkę Boża o pomoc. Leżąc na stole operacyjnym dostałam dwa silne skurcze i urodziłam naturalnie. Po czym dowiedziałam się, że po 9 miesiącach oczekiwania na syna urodziła nam się druga córka – Emilia. Lekarz mówił, że takie rzeczy się po prostu nie dzieją i że po ludzku nie miałam możliwości urodzić naturalnie nie mając wcześniej pełnego rozwarcia. 5 minut – tyle to wszystko łącznie trwało. Ja wiem, że swoje macierzyństwo zawdzięczam Maryi – nie ma lepszej wstawienniczki u Boga niż Ona

#38 świadectwo

Cześć. Czytając Wasze świadectwa widzę jak ważna jest dla Pana Boga nasza modlitwa za siebie nawzajem. Mimo, że może nawet się nie znamy a prosimy dla kogoś o łaski, a może właśnie dlatego, że robimy to bezinteresownie – Bóg działa tyle cudów – kto wie.. Dziś chciałabym i ja dołożyć swoją cegiełkę i podzielić się z Wami świadectwem działania Boga w naszej rodzinie. Odkąd pamiętam miałam mocno nieregularne cykle czasem tylko 2 na pół roku, od jakiś 7 lat kilku lekarzy diagnozowało mnie stwierdzając PCOS wdrażając leczenie i dając małe szanse na zajście w ciążę. Wówczas nie myślałam o zakładaniu rodziny i ta myśl aż tak mnie nie przerażała. Wszystko się zmieniło kiedy poznałam mojego męża i kiedy mi się oświadczył. Wszędzie widziałam szczęśliwe mamy z dziećmi, ba nawet akurat moja młodsza siostra urodziła córeczkę. Perspektywa małżeństwa i braku dzieci uderzyła we mnie z całą mocą. Pamiętam wiele przepłakanych dni i trudnych rozmów wybiegających daleko w przyszłość rozważając różne opcje w tym adopcję. Mimo, że Pan Bóg wiele już razy pokazał mi namacalnie, że jest przy mnie – wątpiłam. Na szczęście, mój wówczas przyszły mąż, był pełen nadziei i wiary w to, że dla Boga nie ma nic niemożliwego. A jego miłość i wsparcie pomogły mi zaufać i dać się poprowadzić. Po ślubie udałam się do kolejnego lekarza, który zlecił ponowną serię badań i dał skierowanie do szpitala. Jednocześnie znajomy brat Kapucyn zaproponował mi 3 miesięczne przygotowanie do aktu oddania się w niewolę Maryi wg traktatu Ludwika de Montfort i zaczęłam czytać Wasze świadectwa na stronie Modlitwa o potomstwo. Modliliśmy się wtedy już dłuższy czas z mężem o potomstwo dla naszych przyjaciół którzy od 3 lat starali się o dziecko i nastawialiśmy się psychicznie na dłuższe oczekiwanie.. ale stało się inaczej. 8 grudnia oddałam się w niewolę Maryi a już tuż na początku roku po święcie św rodziny mąż nalegał bym zrobiła test gdyż ma przeczucie, choć nie byłam przekonana zrobiłam i ku mojemu zaskoczeniu okazało się że jestem przy nadziei a termin przypada nam na 8-go września. Nasz mały wielki cud! Potem posypała się dosłownie lawina błogosławieństw, bo dzięki Bożej opatrzności i życzliwości naszych przyjaciół udało nam się mimo obostrzeń i covid kupić własny domek oraz ku naszej radości nasi przyjaciele za których się modliliśmy podzielili się wspaniałą nowiną, że też oczekują dzieciaczka. Ciąża przebiegała bez większych problemów do 3go trymestru gdzie nagle wyskoczyły i nie chciały ustąpić olbrzymie obrzęki nóg i nadciśnienie tętnicze, które mimo leków nie ustępowało. Przeleżałam więc końcówkę ciąży w szpitalu ale 10-go września na świat przyszła nasza kruszynka choć nie taka wcale mała bo całe 4110g Maleńkiej Miłości. Miesiąc później urodziła się też szczęśliwie jej koleżanka. A dziś Zuzanna Maria skończyła już 5 miesiąc i uczy nas codziennie jak kochać i wierzyć bardziej. Odwagi i wytrwałości dla Was, ja wierzę że nasza wspólna modlitwa nie pozostaje obojętną Bogu.

#37 świadectwo

Jesteśmy małżeństwem od 2011 roku. Po dwóch latach bez problemu zaszłam w ciążę i przez cesarskie cięcie przyszedł na świat nasz synek. Bardzo chcieliśmy z mężem aby synek miał rodzeństwo. Po roku starań usłyszałam diagnozę – niepłodność wtórna. Pobyt w szpitalu tylko potwierdził tą diagnozę. Zostałam zakwalifikowana do zabiegu drożności jajowodów. W między czasie zaczęliśmy jeździć na modlitwę do Matemblewa prosząc Matkę Bożą o pomoc. Uczestniczyliśmy w Mszach Świętych i nabożeństwach prosząc o dar potomstwa. Wiele razy nie mogłam wydobyć z siebie słowa modlitwy tylko płakałam przed Matką Bożą prosząc łzami jak matka – matkę. 5 maja dowiedzieliśmy się z mężem, że zostaniemy rodzicami. Wizyta lekarską po tygodniu potwierdziła, że jestem w ciąży. Pamiętam, że Pani doktor płakała razem ze mną w gabinecie bo to był cud i nie potrafiła wytłumaczyć jak to się stało bo medyczne to było niemożliwe. Po wizycie lekarskiej pojechaliśmy do Matemblewa podziękować Matce Bożej Matemblewską za ten cud. Dla nas to był właśnie cud wyproszony w sanktuarium Matki Bożej Matemblewskiej. Nasz synek nazywa się Hubert. Jego życie to dla nas dowód, że modlitwa ma wielką siłę.

#36 świadectwo

Chciałbym się podzielić swoim świadectwem. O potomstwo staraliśmy się ok. 3 lat. Wiem, że niektórzy mogą mówić, że to mało, jednak dla mnie były długie i trudne chwile. Od samego początku lekarze nie dawali nam dużych szans. Stwierdzona endometrioza, szereg leków, operacje nie przynosiły efektów. Co miesiąc płacz i nierozumienie. Złość do Boga i pytanie dlaczego? Choć zupełnie nie potrzebnie, ponieważ od samego początku On był ze mną. Będąc z kościele na Mszy wylosowałam cytat z Pisma Świętego mówiący o tym, że doczekam się upragnionego potomstwa. Jednak mijały miesiące a ciąży nie było. Cały czas czułam, że Pan jest blisko. Kiedy już traciłam nadzieję, dostawałam słowo pocieszenia,czy to z Pisma Świętego, czy od napotykanych osób. Było tego naprawdę dużo, Pan pokazywał mi, że moje modlitwy zostaną wysłuchane, ale w najlepszym dla mnie momencie. Rok temu na wizycie lekarskiej usłyszałam straszną diagnozę. Podejrzenie polipa, wodniak jajowodu, jeden jajnik z macicą, drugi zrośnięty. Płaczu nie było końca. Postanowiłam pójść na Mszę o uzdrowienie do swojej parafii. Osoby, które się nade mną modlitwy, powiedziały, żebym udała się do jakiegoś Sanktuarium Maryjnego. Od razu wiedziałam, że będzie to Matemblewo. Pojechałam razem z mężem na najbliższą Mszę. To był cudowny czas. Już jadąc tam czułam spokój, a kiedy wracaliśmy wiedziałam, że wszystko będzie dobrze. Przed cudowna figura Maryi oddałam jej swoje troski. W tym samym czasie odmawiałam dziesiątkę różańca za dzieci zagrożone aborcją. Jakie było moje zdziwienie, kiedy podczas czytania rozważań przeczytałam, że dzisiaj spełni się obietnica dana Tobie przez Pana Boga. I wiecie co? Po dwóch tygodniach dowiedziałam się, że jestem w ciąży. A jeszcze miesiąc wcześniej lekarz nie dawał mi większych szans. To wszystko dzięki Maryi, wiem, że to ona wyprosiła nam tą łaskę. Tuląc codziennie wieczorem mojego synka dziękuję Maryi i Bogu za to błogosławieństwo, choć czasami nadal nie mogę uwierzyć, że jesteśmy rodzicami i jaki dobry jest Pan Bóg. On kocha nas wszystkich, doświadcza krzyżem, ale zawsze ma to swój sens. Ja musiałam oddać Bogu tą decyzję, ponieważ On wie najlepiej, On jest najlepszym lekarzem. Chwała Panu.

#35 świadectwo

Chciałabym się podzielić swoim świadectwem. Nie było łatwo. Jestem chora na endometrioze. Jest to choroba, która często jest przyczyną bezpłodności. Jestem po operacji. Gdy postanowiliśmy z mężem spróbować zajść w ciążę, musiałam odstawić leki. Organizm niestety źle zareagował. Pojawiły się problemy zdrowotne i musiałam wrócić spowrotem do leczenia. Przerwaliśmy starania. Pewnego dnia udaliśmy się na urodziny do koleżanki. Tam spotkaliśmy cudowną osobę, która była w ciąży i opowiedziała nam swoją historię. Postanowiliśmy iść jej śladami. Jesteśmy oboje wierzący i nie mieliśmy wątpliwości, że powinniśmy zaufać Panu Bogu. Bardzo mocno uwierzyliśmy w to, że spotka nas szczęście i że jest to możliwe! Z ogromną nadzieją jeździliśmy na Msze i na różaniec do Sanktuarium w Matemblewie, prosząc o pomoc i wsparcie do Matki Bożej Brzemiennej. Trzymaliśmy się za ręce, a mi za każdym razem płynęły łzy po policzkach. Ponownie odstawiłam tabletki. Tym razem mój organizm zareagował łagodnie. Wiedziałam, że nie mam dużo czasu i że jak nie znajdę szybko w ciążę to znowu zaczną pojawiać się na jajnikach torbiele. W między czasie jeździliśmy na wizyty do ginekologa i słyszeliśmy tylko, że mimo poprawy stanu zdrowia i tak mam bardzo małe szanse na zajście. Lekarze odbierali nam nadzieję, ale my wierzyliśmy, że Pan Bóg nam pomoże. Tym bardziej, że dał nam znak bo mimo odstawienia tabletek, nic się nie działo. Wcześniej mieliśmy różne badania. Brałam jakieś witaminy, leki wszystko po to żeby jakoś nam pomóc. Teraz wiem, że to wszystko bez wiary nie miało sensu. Gdy uwierzyliśmy, że niemożliwe może stać się możliwe, stał się cud. Zaczęłam mieć pierwsze objawy. Mój mąż od razu wiedział. Ja się bałam o tym mówić.Ciąża przebiegała poprawnie do 23 tygodnia. Pojawiło się nadciśnienie. W 26 tygodniu trafiłam do szpitala, a tam dowiedziałam się, że dziecko nie rośnie. Pogarszające się przepływy do pępowiny i ciśnienie zagrażające życiu mojemu i dziecka. Bardzo złe wyniki. Obwiniałam za to siebie. Nie odpoczywałam od początku ciąży tylko nosiłam zakupy, robiłam przemeblowanie, stres w pracy, złe odżywianie. Spędziłam na patologii ciąży 5 tygodni. Trafiłam na cudownych lekarzy, którzy robili co w ich mocy żeby nam pomóc. Cały pobyt w szpitalu modliłam się cały czas. Błagam o to aby moje dziecko wytrzymało w brzuchu jak najdłużej. Każdy dzień był na wagę złota. Psychicznie byłam totalnie wykończona. Sytuacja związana z pandemią nie pomagała mi się wyciszyć. Nie było odwiedzin. Nie miałam wsparcia takiego jakiego potrzebowałam. Wiedziałam jednak, że ta ciąża to nie przypadek, że nie mogę się załamać. Muszę być silna dla Juliana. Synek urodził się w 31 tygodniu ciąży. Był niedożywiony. Miał hipotrofie. Ważył 870g. Ważne jednak było to czy ma siłę na to aby przeżyć. Okazał się być silnym malutkim człowiekiem. Mieliśmy po drodze wiele różnych sytuacji. Nigdy w życiu nie wylałam tyłu łez. Lekarz, który badał go po dwóch miesiącach, od wyjścia ze szpitala powiedział, że Julek ma tutaj na ziemii ważną misję. Julian jest i żyje dzięki modlitwie. Dlatego, że nigdy nie zwątpiłam. Dziękujemy Wszystkim, którzy modlili się razem z nami o jego zdrowie. Moja cała rodzina oraz ludzie o dobrych sercach♥️

♥️Julian 3.04.2020r. Nasz mały, wielki CUD♥️

#34 świadectwo

Chciałabym razem z mężem podzielić się naszym świadectwem. W 2015 roku zawarliśmy sakrament małżeństwa i od tamtej pory staraliśmy się o dziecko, jednak nie było nam dane cieszyć się łaską rodzicielstwa. Po roku starań udaliśmy się do lekarza sprawdzić co jest nie tak i tak mijały miesiące i wizyta za wizytą, zmieniliśmy lekarza uważając, że nam powie może coś innego jednak usłyszeliśmy że tylko in vitro może nam pomóc, oczywiście razem z mężem nie zgodziliśmy się na takie rozwiązanie. Wszystko zawierzyliśmy Matce Przenajświętszej i Panu Bogu, modliła się w naszej intencji cała rodzina jednak zrozumieliśmy, że to jest nasz krzyż który mamy dźwigać i pogodziliśmy się z tym, odpuściliśmy. W styczniu br. natknęłam się na facebook „modlitwa o potomstwo” i wysłałam wiadomość z prośbą o modlitwę w naszej intencji mając nadzieję, że się uda ale przyznam szczerze, że bardzo szybko o tym zapomniałam aż nadszedł marzec i okazało się że Pan w swej łaskawości obdarzył nas łaską poczęcia dziecka. Cała ciąża przebiegła książkowo i nasza córka Maria przyszła na świat 04.11- 5 lat po naszym ślubie. Chwała Panu. Dziękujemy za modlitwę w naszej intencji.

#33 świadectwo

Nasza droga w nadziejach o potomstwo rozpoczęła się zaraz po ślubie, na wiosnę 2018 roku. Mam PCOS i żyłam zawsze w niepokoju, że może mi nie być dane doczekać się swoich biologicznych dzieci. Na jesieni tego samego roku poszłam do lekarza po raptem dwóch przebytych miesiączkach w przeciągu pół roku. Ten skierował nas do kliniki leczenia bezpłodności. Mieszkamy za granicą i możliwości jest niewiele. Jedyne co mogli nam zaoferować (co było zgodne z naszymi sumieniami) to stymulacja mojego cyklu, obserwując jajeczko i podając zastrzyk wspomagający jego uwolnienie w okresie owulacji. W sumie 3 stymulacje zajęły nam pół roku, z przerwą w międzyczasie, gdzie znajomi zaoferowali nam wspólną codzienną modlitwę w tej intencji, bez żadnej ingerencji lekarskiej – ale i to nie przyniosło owocu. Latem 2019 postanowiliśmy zaprzestać leczenia tutaj i oddać się w ręce polskiego naprotechnologa. Dziesiątki badań, dodatkowe diagnozy (m.in.insulinooporność, dodatnie ANA, MTHFR), dietetyk, leki i suplementy, zmęczenie comiesięcznymi podróżami do Polski i brak wsparcia ze strony tutejszych lekarzy (brak prywatnych laboratoriów by chociażby sprawdzić czy leki przynoszą poprawę). Na przełomie lipca i sierpnia udaliśmy się w tej intencji do Lourdes, w sierpniu, przy okazji badań, udało mi się odwiedzić sanktuarium w Matemblewie. Prosiliśmy również wiele, wiele osób i wspólnot o modlitwy, m.in.”Modlitwę o Potomstwo”.

Czas mijał, a u mnie, mimo regularnego zawierzania tej sprawy Bogu, pojawiał się żal i zwątpienia co do skuteczności leczenia. W listopadzie miałam szczególnie ciężko czas, gdy z obserwacji cyklu wynikało, ze miałam owulacje w mniej więcej 90tym dniu cyklu, a dwa tygodnie później nie było ani miesiączki, ani pozytywnego wyniku testu.. W spowiedzi wręcz wykrzyczałam księdzu jak jestem zła na Boga, że moje ciało nie działa jak powinno i nawet medycyna nie potrafi tego uregulować..
Dni mijały i mimo że pogłębiałam się w rozpaczy czekając na kolejną miesiączkę (wraz z kolejną owulacją i kolejną nadzieją), zaplanowałam, z pomocą znajomego księdza, przyjęcie sakramentu chorych dla nas i kilku znajomych par z tym samym problemem, na 8go grudnia, w uroczystość Niepokalanego Poczęcia. Przedtem odbyło się tu też kilka Mszy (w ósmym dniu miesiaca) w intencjach o potomstwo. Tymczasem, poza drobnym plemieniem, miesiączki nie było. Zrobiłam test – już ich było sporo przez półtora roku małżeństwa i każde wykonanie kolejnego było bolesne, związane z rozczarowaniem. Były to akurat urodziny teściowej, 28 listopada 2019. Jakże nie mogłam uwierzyć swoim oczom, gdy pojawiła się druga, cieniutka kreska. Pobiegłam z płaczem do męża, a on wspomina ten poranek, że skakałam na pół metra 😉. Zrobiłam kolejny test, również pozytywny. W międzyczasie postanowiliśmy zmienić lekarza i czekaliśmy na wizytę u nowej pani naprotechnolog. Zadzwoniłam do niej z wieściami i dostaliśmy czas na kilka dni później. Sprawdziłam bilety lotnicze i na początku grudnia pierwszy raz zobaczyliśmy nasz malutki zalążek szczęścia ❤️. Włączyłam od razu leczenie, dopasowane tym razem do ciąży i nie posiadałam się ze szczęścia. Ósmego grudnia, mimo ciąży, przyjęliśmy zaplanowany wcześniej sakrament. Na Boże Narodzenie oznajmiliśmy wieści rodzinom, a zaraz po, udaliśmy się na kolejną wizytę do pani doktor (wzięliśmy ze sobą nasze mamy), gdzie wszyscy usłyszeliśmy po raz pierwszy bicie serduszka ☺️. Pani doktor zauważyła tez mały krwiaczek i kazała się oszczędzać. Chciała abym poszła od razu na chorobowe (ze względu na ciążę zagrożoną), jednak tutaj niestety nikt by mi takiego nie wydał. Szef zgodził się natomiast bym pracowała z domu aż do kolejnej wizyty u tutejszego ginekologa. Wizyta się odbyła, dzieciątko na zdjęciu zaczynało już wyglądać jak mały człowieczek, a lekarz nie widział już krwiaka. Alleluja!
Pod koniec stycznia, obudziłam się we krwi.. Nie przyjęto mnie od razu do szpitala, gdyż krwawienie ustało. Czekaliśmy aż do wieczora kolejnego dnia by najpierw dostać skierowanie od lekarza rodzinnego, potem udać się do szpitala. Znaleziono ogromnego krwiaka, dzieciątko jednak nadal walczyło. Kamień spadł nam z serca. Oznaczało to jednak, że epizody mogą się powtórzyć. Tak się też stało następnej nocy, z jeszcze większą ilością krwi trafiliśmy ponownie do szpitala, znów dowiadując się, że dziecię żyje. Stanęło na tym, że przez kolejne półtora miesiaca leżałam w łóżku, mąż zajmował się niemal wszystkim, łącznie z myciem mnie pod prysznicem. Był to dość dramatyczny czas, z odmiennymi zdaniami (co do dalszego leczenia) tutejszych lekarzy i polskiej pani doktor. W pewnym momencie krwiak miał prawie 10 cm, grażając odczepieniu się łożyska..
Szczęście w nieszczęściu, pojawił się COVID, przez co mąż pracował do maja w domu. Badania połówkowe w marcu pokazały, ze maluszek żyje i ma się dobrze, a krwiak już nie stanowi zagrożenia. Chwała Panu!
I tak, 22 lipca przyszedł na świat nasz wyczekany i wymodlony Franek, a Bóg wysłuchał wszystkich naszych próśb, łącznie z odwróceniem się w niemal ostatniej chwili do pozycji główkowej, bym mogła urodzić jak pragnęłam – naturalnie, a na dosłownie 3 dni przed porodem, decyzji o kupnie domu (którego szukaliśmy od ślubu). Bóg poprzez ten czas wyczekiwania, a potem trudnej ciąży, poprzestawiał nasze wartości i przypomniał nam by skupić się na teraźniejszości, a nie zbytnim wybieganiu w przyszłość. Teraz nadal trwamy w modlitwie za inne pary – o łaskę nowego życia i rodzicielstwa dla nich 💛

#32 świadectwo

Chciałabym podzielić się z Wami naszym podwójnym świadectwem. W lutym 2017r. straciłam maleństwo we wczesnym etapie ciąży. Mimo, iż był to sam początek to dla mnie i mojego męża była to ogromna strata. Nie umiałam poradzić sobie z tą sytuacją tym bardziej, że gdy dowiedziałam się o dzidziusiu radość mieszała się ze złością. Czułam się winna, myślałam, że to przeze mnie. Nie umiałam poradzić sobie z tą sytuacją. Gdy parę dni później wracaliśmy ze starszymi dziećmi do domu (był to czas ferii zimowych), mimo nieco innych naszych planów trafiliśmy na Mszę Świętą, po której miało odbyć się nabożeństwo z modlitwą wstawienniczą. Gestem słów i spojrzeń oboje uznaliśmy, że zostaniemy. Już w trakcie Mszy zapragnęłam przystąpić do spowiedzi świętej. Pamiętam, że nie mogłam powstrzymać łez. Płakałam jak dziecko nie zwracając uwagi na tłum uczestników tej Eucharystii. Nie czułam wstydu tych łez. Samo nabożeństwo było dla mnie czasem głębokiego wyciszenia. Modlitwa wstawiennicza i słowo poznania dały nadzieję… Zaczęłam małymi krokami wypełniać te słowa. Jednym z nich było zawierzenie się Matce Bożej. We wrześniu pod mym sercem biło już maleńkie serduszko, trzy tygodnie później nawet dwa serduszka. Ciąża ta okazała się ciążą bliźniaczą. Wspaniała wiadomość przeplatała się z moim bardzo złym samopoczuciem. Typowe dolegliwości ciążowe, które przechodziłam niemalże jak maraton. Ból brzucha był tak mocny, że nie byłam w stanie normalnie funkcjonować. Na przełomie 23/24 tygodnia, mimo bardzo oszczędnego trybu życia trafiłam do szpitala z zagrożeniem przedwczesnego porodu. Decyzją lekarzy konieczny był zabieg ratujący życie naszych dzieci. Z sali operacyjnej pamiętam słowa pana doktora, że zrobił wszystko co mógł. Teraz już wszystko w rękach Boga – powiedział i wskazał na wiszący na ścianie Krzyż. Obolała, przerażona wszystkimi wydarzeniami płakałam z bezsilności. Przez łzy prosiłam Boga, by nie odbierał nam tych dzieci. Trzymając w jednej ręce dłoń mojego męża, a w drugiej różaniec, modliłam się. Mijały dni a ja powoli dochodziłam do siebie. Badania kontrolne potwierdziły, że zabieg się udał i maluszki mają się dobrze. Kolejne tygodnie wymagały od mnie bezwzględnego leżenia, by dzidziusie jak najdłużej mogły pozostać w brzuszku i bezpiecznie się rozwijać. Leżałam i każdego kolejnego dnia odkrywałam jak wielkim darem jest modlitwa. W okolicy 30 tyg. kolejny raz trafiłam do szpitala. Ukryta infekcja spowodowała przedwczesne skurcze. Ze mną różaniec, mój codzienny modlitewnik i słowa ,,Jezu Ty się tym zajmij… Infekcja wycofała się, a skurcze ustały.

Nasze maluszki miały urodzić się 8 maja, taki był planowy termin porodu. Pan Bóg zdecydował jednak inaczej. Mieszko i Franciszek przyszli na świat 8 kwietnia w 35t i 6d ciąży( równo 4 tygodnie wcześniej) w Niedzielę Miłosierdzia Bożego wypełniając tym samym słowo poznania, które przez ten prawie rok przechowywałam w maleńkiej książeczce i w moim sercu. Gdy mąż wrócił do domu, poprosiłam, żeby wyjął karteczkę i ją przeczytał. Płakaliśmy razem, ale były to łzy wdzięczności i szczęścia. Miłosierny Jezu, dziękujemy Ci za te dwa małe Cuda. ❤

#31 świadectwo

Chciałabym się z Wami kochani podzielić świadectwem. 4 lata staraliśmy się o dziecko, były to bardzo ciężkie i długie lata – szczególnie dla mnie. Stwierdzono u mnie zespół policystycznych jajników, podwyższoną prolaktynę oraz zaburzenia tarczycy, które również nie pomagały nam zajść w upragnioną ciążę. W ciągu tych kilku lat wielu znajomym i przyjaciołom urodziły się dzieci, a my nadal czekaliśmy, byłam coraz bardziej załamana i zmęczona tym comiesięcznym oczekiwaniem. Zawsze się modliłam o łaskę macierzyństwa, ale tak naprawdę nie do końca w pełni ufałam Panu Bogu w to, że On chce dla mnie jak najlepiej. Tak też po kilku bezowocnych latach, kiedy to kompletnie się załamałam, pamiętam ten dzień doskonale, pamiętam jak serce pękało mi z żalu. Odpuściliśmy sobie starania. 6 kwietnia natknęłam się na wspólnotę modlitwy o potomstwo i poprosiłam o wsparcie modlitewne za nas. Cały czas poświęcałam się pracy, żeby nie myśleć i na początku sierpnia dowiedziałam się, że jestem w ciąży. Radość, łzy szczęścia a z drugiej strony problemy w pracy. Wiadomo jak to dziś pracodawcy patrzą na nas kobiety, które chciałyby mieć dzieci.. Jesteśmy im nie na rękę i tak samo było w moim przypadku. Zanim dowiedziałam się o ciąży okazało się, że dostałam wypowiedzenie z pracy i w tym momencie się załamałam. Jestem w ciąży, bez pracy, bez źródła dochodu? Pan nad nami czuwał. Po wizycie lekarskiej potwierdzającej ciążę dostałam od lekarza zaświadczenie o ciąży, które wysłałam pracodawcy. Jak się okazało był mega zły, że nie może mnie zwolnić bo jestem w ciąży. W czasie ciąży na początku pojawiały się jakieś plamienia, które budziły niepokój, ale na szczęście cała ciąża przebiegła bez komplikacji. Teraz pisząc to świadectwo, trzymam na rękach śpiącego synka Piotrusia – nasz wymodlony i upragniony skarb, który urodził się 29 marca. Chciałabym osobom, które czytają moje świadectwo, powiedzieć, żeby się nigdy nie poddawały wierzyły, że wszystko się ułoży i żeby zawsze prosiły Pana Boga o siłę i wytrwałość na modlitwie, bo naprawdę podczas jej odmawiania dzieją się cuda, a przede wszystkim otwiera się nasze serce na łaski, modlitwę i drugiego człowieka. Chwała Panu!

#30 świadectwo

Chciałabym podzielić się moim świadectwem, aby dało ono wszystkim parom starającym się o dziecko nadzieję i wiarę w dobroć Pana Boga i pomoc Najświętszej Matki Maryi, która nigdy nas nie opuszcza. Razem z mężem bardzo pragnęliśmy potomstwa i rozpoczęliśmy starania o dziecko od razu po ślubie. Byliśmy młodzi i zdrowi więc myśleliśmy, że wszystko się ułoży i szybko doczekamy się upragnionego Maleństwa. Mijały miesiące, a ja nie mogłam zajść w ciążę. Na początku czekaliśmy z nadzieją, że na pewno uda się w następnym miesiącu. Minął rok po ślubie a u nas nadal nie było Dzieciątka. W tym czasie w najbliższej rodzinie i wśród znajomych pojawiały się ciąże. Pojawiły się pytania wśród najbliższych, kiedy wreszcie u nas będzie dziecko. Poczułam ogromną presję i zaczęliśmy szukać pomocy u lekarzy. Po wykonaniu wszystkich możliwych badań okazało się, że jestem zupełnie zdrowa i nie powinno być problemu z poczęciem dziecka. Następnie wykonaliśmy badania u męża i u niego wyniki wyszły bardzo słabe. Moja rozpacz była ogromna. Wtedy właśnie urodziły się dzieci u naszych znajomych oraz w bliskiej rodzinie. Chodziłam odwiedzać kolejne szczęśliwe mamy i ich pociechy, jednak nie potrafiłam się naprawdę cieszyć ich szczęściem. Było mi bardzo ciężko. Wtedy mój mąż zdecydował się na operację, która miała mu pomóc. Po operacji wyniki jego badań nie poprawiły się i lekarz stwierdził, że powinniśmy pomyśleć o metodzie In vitro. Razem z mężem uznaliśmy, że nie bierzemy tego pod uwagę i postanowiliśmy zaufać Panu Bogu. Od koleżanek dowiedziałam się o Nowennie Pompejańskiej i zaczęłam ją odmawiać prosząc Matkę Bożą o dar dziecka. Jeździliśmy też do różnych Sanktuariów modląc się o maleństwo. Napisałam również maila do grupy „modlitwa o potomstwo” prosząc wspólnotę i siostry zakonne o modlitwę w naszej intencji. Razem z mężem modliliśmy się każdego ósmego dnia miesiąca o dar Dziecka łącząc się w modlitwie z Sanktuarium w Matemblewie. Modliła się również moja rodzina. Moja Mama i Siostra odmawiały Nowennę Pompejańską w naszej intencji. Mijały miesiące naszej modlitwy, a dzieciątko się nie pojawiało. Po kilku miesiącach pomyślałam, że może taka jest wola Boża i może nie będzie nam dane zostać rodzicami. Gdy już się z tym pogodziłam okazało się, że jestem w ciąży. Moja radość była ogromna, cieszyłam się i dziękowałam Panu Bogu przez całą ciążę i czułam opiekę Matki Bożej oraz Pana Jezusa nad nami. Od trzech miesięcy Nasz Synek jest z nami, a my nie przestajemy dziękować za ten wielki dar Panu Bogu. Wierzę, że tylko wytrwała modlitwa i zaufanie pomogły nam przetrwać trudny czas. Warto powierzyć swoje intencje Matce Bożej, która jest naszą najlepszą Orędowniczką u Pana Boga. Chciałabym, aby wszystkie pary starające się o dziecko czytając to świadectwo odzyskały nadzieję i zaufały Panu Bogu, bo On nigdy nie opuszcza człowieka…

#29 świadectwo

Chciałam się podzielić swoim cudem który z pomocą Maryi i Jezusa wydarzył się 2 lata temu. Wraz z mężem staraliśmy się przez 7 lat o dziecko mamy już starszego synka, który pragnął mieć rodzeństwo. Lata starań, zapadła decyzja o adopcji, przeszliśmy przez cały papierkowy proces adopcyjny, szczęśliwi że pod koniec roku będziemy mogli tulić w ramionach nasze dziecko… Jednak wydarzyło się inaczej… Okazało się, że jestem w ciąży. Radość przepełniła nasze serca gdyż już straciliśmy nadzieję na potomstwo biologiczne. Sprawy się skomplikowały… Okazało się, że zachorowałam na raka piersi złośliwego (potrójnie ujemnego) rozpacz, zły, niepewność o życie moje i dziecka które tak bardzo pragnęliśmy. Zaczęła się walka o mnie i dziecko, w pewnym momencie padło pytanie czy mimo wszystko chcemy utrzymać ciąże? Tragedia w naszym życiu… Z jednej strony walka troska o moje życie a z drugiej strony o to maleństwo które przecież już było z nami.
Pewnego dnia odebrałam telefon od doktora, który powiedział, że na następnej wizycie musimy powiedzieć mu nasza decyzję… Rozpacz ogromną i wlanie w tej rozpaczy poprosiłam Matkę Boża o pomoc, powierzyłam jej swoje życie i życie mojego dziecka. Modliłam się słowami Maryjo byłaś matka straciłaś swoje dziecko pomoże mi podjąć dobra decyzję i zadbaj o moje zdrowie, powierzyłam jej się w 100%. Od tamtej pory poczułam lekkość jakby ktoś zdjąć ten ciężar z moich ramion. Dziś wiem, że to Maryja ocaliła mnie i moją córcie. Z jej pomocą przeszłam leczenie, chemioterapię, urodziłam córeczkę, przeszłam operacje, radioterapię i dziś obie jesteśmy zdrowe i cieszymy się życiem. Pola urodziła się w 33 tygodniu z wagą 1.95kg, z pomocą Boska dała radę i jest silna mądra dziewczynka Bóg zapłać.

#28 świadectwo

Cześć, mam na imię Izabela. W październiku 2016 roku wyszłam za mąż. Rok później zaczęliśmy się starać o potomstwo. Po kilku miesiącach nieudanych prób udaliśmy się do lekarza i zaczęliśmy szukać przyczyny. W sierpniu 2018 roku byłam na mszy świętej z modlitwa o uzdrowienie na której otrzymałam słowo poznania, że Bóg obdarzy mnie potomstwem. Czas mijał a ja nadal czekałam na upragnione maleństwo. W pierwszym kwartale 2019 roku udaliśmy się do Matemblewa na mszę dla małżeństw pragnących potomstwa. Wtedy ponownie otrzymałam słowo poznania, Pan Bóg powiedział, że jest tu obecna osoba, która już dostała słowo poznania ale ma wątpliwości i powiedział, że On zawsze dotrzymuje swoich obietnic. 29 czerwca 2019 roku odprawiła się w naszej parafii w Warszawie, w której braliśmy ślub, msza święta w intencji potomstwa dla nas. Kilka dni później dowiedziałam się, że jestem w ciąży. Oczywiście cały czas starań o ciąże byłam pod opieką lekarza, przyjmowałam leki i trzymałam dietę. 10 marca 2020 roku urodziłam wspaniałą dziewczynkę Różę. Okazało się, że miała torbiel na jajniku, który powstał w czasie ciąży, jako wynik działania moich hormonów. Ale tym również Bóg się zajął – w 3 dobie po urodzeniu Róża miała operację usunięcia torbieli, niestety również z jednym jajowodem, którego nie dało się uratować. Dzięki Bogu operacja się udała, a Róża jest zdrowa i pięknie rośnie.

#27 świadectwo

Poznając się z moim narzeczonym od razu wiedzieliśmy, że chcemy być razem. Mieliśmy te same priorytety oraz marzenie o rodzinie. Byliśmy razem bardzo szczęśliwi i szybko zaplanowaliśmy ślub. Nasze szczęście nie trwało jednak długo ponieważ mój ukochany tata zachorował na raka. Był to straszy czas. Nagle wszystko się zatrzymało. Od dłuższego czasu miałam bardzo silne bóle brzucha. Czasami dosłownie „zwijałam się z bólu”. Wiedziałam, że coś się dzieje, ale bałam się to sprawdzić. Może dlatego też czułam, że jest to ten czas, że chce mieć swoją Małą kruszynkę. Zaczęliśmy się starać o dziecko. Przez kilka miesięcy nie udawało się, a moje bóle się nasilały. Postanowiłam pójść do lekarza, gdzie dowiedziałam się, że mam mięśniaka macicy. Na kolejnej wizycie okazało się, że rośnie, powoli, ale moje bóle się nasilały. Był w takim miejscu, że blizna po usunięciu go uniemożliwiłaby lub bardzo utrudniłaby szanse na zajście w ciążę. Wtedy już wiedziałam, że nie mogę czekać, a kolejne miesiące przynosiły niepowodzenia i płacz. Nie mogłam się skupić na niczym innym. Do tego jeszcze choroba Taty. Bardzo prosiłam Matkę Bożą o pomoc, chyba nigdy tak szczerze jeszcze się nie modliłam. Prosiłam też by nie kazała mi długo czekać. Wtedy też napisałam z prośbą o modlitwę. Mając wasze wsparcie wierzyłam, że wszystko się uda. Niestety stan mojego Taty nagle gwałtownie się pogorszył i przegrał walkę z chorobą. Miesiąc po jego śmierci, kiedy myśl o dziecku zeszła na drugi plan dowiedziałam się, że jestem w ciąży. Mój tata bardzo pragnął mojego szczęścia. Był moim największym przyjacielem. Był bardzo dobrym człowiekiem o silnej wierze. Od zawsze każdego wieczora klęczał przed obrazem Matki Bożej w codziennej modlitwie. Przeszedł wiele chorób w swoim życiu, ale mimo złego samopoczucia nigdy nie opuścił Mszy Świętej. Bardzo Nam go brakuje, ale wiem, że był potrzebny TAM NA GÓRZE. Myślę, że nie jest to przypadek iż miesiąc po jego śmierdzi zaszłam w ciąże. On już załatwił to tam „gdzie trzeba”. Całą ciążę powierzyłam Matce Bożej. Czułam jej nieustającą opiekę i miłość. Wiem, że wiara i szczera modlitwa potrafią zdziałać cuda. Szczęśliwa mama Michała Józefa

#26 świadectwo

Poznając się z moim narzeczonym od razu wiedzieliśmy, że chcemy być razem. Mieliśmy te same priorytety oraz marzenie o rodzinie. Byliśmy razem bardzo szczęśliwi i szybko zaplanowaliśmy ślub. Nasze szczęście nie trwało jednak długo ponieważ mój ukochany tata zachorował na raka. Był to straszy czas. Nagle wszystko się zatrzymało. Od dłuższego czasu miałam bardzo silne bóle brzucha. Czasami dosłownie „zwijałam się z bólu”. Wiedziałam, że coś się dzieje, ale bałam się to sprawdzić. Może dlatego też czułam, że jest to ten czas, że chce mieć swoją Małą kruszynkę. Zaczęliśmy się starać o dziecko. Przez kilka miesięcy nie udawało się, a moje bóle się nasilały. Postanowiłam pójść do lekarza, gdzie dowiedziałam się, że mam mięśniaka macicy. Na kolejnej wizycie okazało się, że rośnie, powoli, ale moje bóle się nasilały. Był w takim miejscu, że blizna po usunięciu go uniemożliwiłaby lub bardzo utrudniłaby szanse na zajście w ciążę. Wtedy już wiedziałam, że nie mogę czekać, a kolejne miesiące przynosiły niepowodzenia i płacz. Nie mogłam się skupić na niczym innym. Do tego jeszcze choroba Taty. Bardzo prosiłam Matkę Bożą o pomoc, chyba nigdy tak szczerze jeszcze się nie modliłam. Prosiłam też by nie kazała mi długo czekać. Wtedy też napisałam z prośbą o modlitwę. Mając wasze wsparcie wierzyłam, że wszystko się uda. Niestety stan mojego Taty nagle gwałtownie się pogorszył i przegrał walkę z chorobą. Miesiąc po jego śmierci, kiedy myśl o dziecku zeszła na drugi plan dowiedziałam się, że jestem w ciąży. Mój tata bardzo pragnął mojego szczęścia. Był moim największym przyjacielem. Był bardzo dobrym człowiekiem o silnej wierze. Od zawsze każdego wieczora klęczał przed obrazem Matki Bożej w codziennej modlitwie. Przeszedł wiele chorób w swoim życiu, ale mimo złego samopoczucia nigdy nie opuścił Mszy Świętej. Bardzo Nam go brakuje, ale wiem, że był potrzebny TAM NA GÓRZE. Myślę, że nie jest to przypadek iż miesiąc po jego śmierdzi zaszłam w ciąże. On już załatwił to tam „gdzie trzeba”. Całą ciążę powierzyłam Matce Bożej. Czułam jej nieustającą opiekę i miłość. Wiem, że wiara i szczera modlitwa potrafią zdziałać cuda. Szczęśliwa mama Michała Józefa

#25 świadectwo

Szczęść Boże, Nazywam się Agnieszka i wraz z moim mężem Mirkiem prowadzę różę różańcową wspierającą modlitwą małżeństwa starające się o potomstwo. Ubiegły rok był dla nas bardzo trudny. Nałożyło się na siebie dużo spraw, które momentami wydawały się nie do udźwignięcia. Ślubując sobie miłość w czerwcu 2017 roku nie zdawaliśmy sobie sprawy, że będziemy mieli problem z poczęciem dziecka. Miesiąc za miesiącem mijał i nic… Postanowiliśmy udać się do lekarza. Kolejne diagnozy, które słyszeliśmy przygniotły nas coraz bardziej. Morze wylanych łez nie przynosiło żadnej ulgi. Pojawił się bunt, złość, rozgoryczenie. Dlaczego my? Do tego pojawiły się problemy rodzinne, które dotykały nasze małżeństwo. Pojawiły się kłótnie, niezrozumienie, rozczarowanie, brak zaufania. Mimo to codziennie wieczorem klękaliśmy do wspólnej modlitwy. Od znajomej dowiedzieliśmy się, że każdego 8 dnia miesiąca w naszym Sanktuarium Matki Bożej Brzemiennej w Matemblewie odbywa się adoracja z modlitwą o uzdrowienie dla małżeństw pragnących potomstwa. Zaczęliśmy przyjeżdżać tu regularnie. Dla nas był i jest to piękny czas spotkania z Jezusem. On porusza i przemienia nasze serca, wylewa morze łask, otacza swoją miłością. Po każdej adoracji idziemy pod figurę Matki Bożej Brzemiennej prosić Ją o wstawiennictwo. Oboje wiemy, że dzięki Niej jesteśmy razem. Dzięki Maryi rozwiązały się też nasze problemy rodzinne. Jakiś czas temu podczas adoracji padło słowo poznania, że “jest tu grupa znajomych, którą Pan Jezus zaprasza do wspólnej modlitwy za siebie”. Część z nas zna się z Mszy o dobrego męża i żonę, część należała do róży modlącej się w tej intencji. Każdy z nas czekał na siebie kilka lat, a teraz wszyscy czekamy na potomstwo. Dziś trwamy wspólnie na modlitwie w Matemblewie. To Maryja przyprowadziła nas do tego miejsca. Podczas odmawiania różańca w naszych sercach zrodziło się pragnienie utworzenia róży różańcowej w intencji małżonków pragnących potomstwa. Wierzymy, że to pragnienie wlała w nasze serca Maryja. Oczywiście mieliśmy wiele obaw, czy uda nam się zebrać choć 20 osób chętnych do wspólnej modlitwy. Oddaliśmy to wszystko Jezusowi przez ręce Maryi. Po opublikowaniu zaproszenia do róży na fanpage’u naszej wspólnoty “modlitwa o potomstwo” w przeciągu miesiąca zgłosiło się ponad 400 osób z całej Polski. 8 marca rozpoczęliśmy wspólną modlitwę. Przed nami cudowny czas spędzony w objęciach naszej mamy Maryi. Ufamy, że dla nas Wszystkich będzie to czas pełen cudów i łask.

Wiemy jak trudną drogę muszą przejść małżeństwa, które wiele lat bezskutecznie starają się o potomstwo, bo sami nią idziemy. To droga pełna bólu, wyrzeczeń, rozczarowań. Mamy ogromne pragnienie, aby iść tą drogą razem z Maryja, nie tylko we dwoje, ale całą gromadą małżeństw, które tak jak my pragną zostać rodzicami.

#24 świadectwo

Chcę podzielić się moją historią. Jak bardzo łaskawy był dla mnie Bóg i jak obdarzył mnie największym cudem. Był upalny lipiec, po 6 miesiącach starania się o dziecko, stało się.. W końcu test ciążowy pokazał dwie kreski.. Jakże wyczekane. Patrzyliśmy na test i dziękowaliśmy Bogu. Udałam się do lekarza, który wykonał usg i potwierdził ciąże. Co prawda nie było widać pęcherzyka ale z racji tego że miesiączka spóźniała się dopiero 4 dni było to normalne, ponieważ ciąża była „za mała” by widać ją było na USG. Jednak wygląd macicy jednoznacznie wskazywał na ciąże. Po tygodniu poczułam ból.. Delikatny, zadzwoniłam do lekarza. Powiedział, że nie ma się czym martwić. Kazał zażyć nospe i się położyć. Tak też zrobiłam i zasnęłam. Gdy obudziłam się poszłam do łazienki.. Zobaczyłam krew.. Byłam przerażona.. Pojechaliśmy do szpitala. Na USG w dalszym ciągu brak pęcherzyka i zarodka. Lekarz widział tylko krew. Powiedział, że prawdopodobnie poroniłam i że zrobią mi badanie beta HCG żeby sprawdzić jaki jest jego poziom i będą badanie powtarzać codziennie aby sprawdzić czy ciąża się rozwija czy już jej nie ma. Nie pozostawił złudzeń, że bardziej prawdopodobna jest druga opcja. Po dwóch dniach HCG spadło do zera.. To był koniec.. Świat się nam zawalił.. Płakałam.. Zwracałam się do Boga dlaczego? Przecież wiedział jak bardzo pragnęliśmy mieć dziecko.. Dlaczego my? Nie zrobiono mi żadnego zabiegu. Uznano iż była to ciąża biochemiczna i organizm sam się oczyszcza. Kazano zgłosić się na kontrolę u swojego lekarza za dwa tygodnie. Dnia kiedy opuszczałam szpital byłam dziwnie spokojna. W jakiś sposób „wybaczyłam” Bogu.. Wierzyłam, że nic nie dzieje się bez przyczyny. Przez kolejne dwa tygodnie dużo odpoczywałam. Przestałam krwawić. Pogodziłam się ze stratą. Przyszedł dzień kontroli u lekarza. Zbadał mnie.. Powiedział że muszę zgłosić się do szpitala, ponieważ jednak potrzebny będzie zabieg, bo organizm sam się nie oczyścił. Następnego dnia w piątek rano czekaliśmy na przyjęcie na oddział. Wyjątkowo dużo pacjentek czekało.. Aż w końcu wyszła położna i powiedziała że dziś więcej osób nie przyjmie bo nie ma miejsc na oddziele i prosiła żeby zgłosić się w poniedziałek.. Powiedziałam jej z jakiego tu jestem i że chyba nie mogę czekać do poniedziałku. Odparła że jeśli nie ma krwawienia i czuję się dobrze to nie ma obaw. Ale jeśli coś by zaczęło się dziać mam szybko przyjechać. W poniedziałek rano przyjęto mnie na łyżeczkowanie. Przed zabiegiem lekarz mnie zbadał i odparł, że nie zrobi mi dziś zabiegu. Zachowywał się dziwnie.. Bałam się.. Wiedziałam że coś jest nie tak.. Lekarz kazał powtórzyć mi wszystkie badania. Czekaliśmy do południa na wyniki. Przyszedł lekarz i poprosił nas do swojego gabinetu.. Powiedział iż w badaniu „czuł ciąże” i kazał powtórzyć badanie beta HCG które to POTWIERDZIŁO.. on sam przecierał oczy ze zdumienia. Był zdezorientowany.. My również.. Ale bałam się robić sobie nadzieję.. Za dwa dni zlecono powtórzenie badania żeby sprawdzić przyrost HCG.. przez te dwa dni tylko się modliłam. Aż w końcu był wynik.. HCG rosło bardzo szybko. Zrobiono usg.. Był pęcherzyk a w środku nasz maleńki wielki cud! Piękna fasolka która dziś ma 3 latka ❤️ Fabian jest naszym cudem od Boga.

#23 świadectwo

Na jedną z adoracji do Matemblewa pojechałam jako osoba posługująca. Złożyłam tego dnia w ręce Maryi intencję moich przyjaciół i małżeństwo mojego brata. Pod koniec następnego miesiąca Brat z żoną powiedzieli nam, że spodziewają się kolejnego dziecka. To była dla wszystkich wielka radość. Niestety po miesiącu nastąpiły komplikacje. Moja bratowa trafiła do szpitala, gdzie dowiedziała się, że wokół maleństwa urósł krwiak z którym organizm próbuje walczyć i chce w ten sposób pozbyć się dziecka. Od razu rozesłałam wiadomość z prośbą o modlitwę, szczególnie do księdza i osób odpowiedzialnych za modlitwę 8-go dnia miesiąca. Ruszyła fala. W międzyczasie bratowa wyszła ze szpitala i czekała jak na wyrok na kolejną wizytę. Wszyscy czekaliśmy ale ufaliśmy, że dobry Bóg przez wstawiennictwo Matki Bożej uczyni cud. W tym czasie odbyła się kolejna adoracja Jezusa w intencji małżeństw… I stał się cud! Bratowa, która miała dwa dni później wizytę u lekarza, dowiedziała się, że krwiak zniknął! Nie było go a dziecko nadal żyło! Dzidzia urodziła się kilka miesięcy później cała i zdrowa! Bóg jest wielki w Swych dziełach! Wszechmogący i Miłosierny! Chwała Panu!

#22 świadectwo

Jesteśmy z mężem ponad 5 lat po ślubie. Bardzo chcieliśmy stworzyć pełną rodzinę. W pierwszą ciążę udało zajść się szybko. Niestety szczęście nie trwało długo. Dziecko straciliśmy na wczesnym etapie ciąży. O drugą ciążę nie było już tak łatwo. Gorąco modliliśmy się o dziecko. Często bywaliśmy w Matemblewie, gdzie trwaliśmy na modlitwie. Zwróciliśmy się także do specjalistów. A kiedy w Matemblewie rozpoczęły się adoracje, uczęszczaliśmy. Już po pierwszej adoracji okazało się że jestem w ciąży. Nie przebiegała ona jednak prawidłowo. W grudniu kiedy poszliśmy na adoracje rozpoczęło się poronienie. Byliśmy zrozpaczeni, ale jednocześnie pełni nadziei na to, że będzie lepiej. Usłyszałam wtedy obietnicę, że za rok będziemy cieszyć się dzieckiem. Tak też się stało. 6 grudnia przyszedł na świat nasz synek Tobiasz, nasz skarb, dar od Boga. Modlitwa ma ogromną moc.

#21 świadectwo

Zacznę od tego że borykałam się z problemem niepłodności przez 12 lat. Byłam bardzo obrażona na Pana Boga dlaczego nie może mi dać upragnionego dzieciatka. Przez kolejne lata zachodziłam w ciążę ale niestety traciłam je… 9 moich aniołków poszło do nieba… Więc pytałam Boże dlaczego? Modliłam się, chodziłam na pielgrzymki i dalej nic… Byłam obrażona na Boga. W końcu udało się podtrzymać ciąże środkami medycznymi i urodziłam córeczkę. Oczywiście moja obraza przeszła i zaraz pobiegłam do Kościoła podziękować za szczęśliwy poród i zdrowe dziecko. Półtorej roku później całkiem niespodziewanie dowiedziałam że się, że znów jestem w ciąży. Szok. Ciąża bliźniacza. Czyżby Pan Bóg wynagrodził mi te wszystkie lata i niepowodzenia? Ciąża była ciężka, musiałam leżeć w szpitalu na podtrzymaniu. Dzieci mimo komplikacji krwotoku i krwiaka dotrzymały u mamy w brzuszku do 32 tc po czym przyszły na świat poprzez CC. Chłopczyk i dziewczynka, na drugi dzień po porodzie poczułam się bardzo źle… Przyszedł do mnie lekarz i powiedział że dzieci są zdrowe ale ze niestety ja mam sepsę i że muszą mi zrobić transfuzje krwi jeżeli krew się nie przyjmie to umrę bo wyniki są bardzo złe. Odsunął się ode mnie i zobaczyłam na ścianie krzyż. Jak przez mgłę pamiętam słowa „jeszcze nie teraz”… „Walcz!”… Wszystko widziałam za mgłą tylko Pan Jezus na krzyżu był bardzo wyraźny. Zaczęłam się modlić ostatkiem sił. Przeżyłam, to ON dał mi siłę i wolę do walki nad swoim organizmem to ON pomógł mi z tego wyjść. Dziś jestem matką trójeczki zdrowych dzieciaczków i dziękuję Panu Bogu ze je mam i że żyje. Widocznie tyle musiałam przejść żeby wyjść na prostą i mieć to co mam dzięki temu doceniam jeszcze bardziej…. Dziękuję Ci Panie Boże….

#20 świadectwo

Z mężem zaczynaliśmy się starać o dziecko od razu po ślubie. Byłam przekonana, że uda się nam szybko zajść w ciąże gdyż u mojego rodzeństwa nie było najmniejszego z tym problemu. Mijały miesiące a ciąży nie było. Zaczęła się: rozpacz, wstyd, żal do Boga dlaczego ja? Zaczynałam wszystko u siebie sprawdzać aż do obsesji. Każdy miesiąc kiedy zbliżały się dni płodne ja szalałam. Szukałam u siebie wszystkiego żeby potwierdzić lub właśnie wmówić sobie, że owulacji nie ma, że coś jest nie tak. Mąż miał dość mojego gadania . Podchodził do tego bardziej pesymistyczne. A ja wpadałam w dołek emocjonalny. Testy ciążowe robiłam przed okresem licząc że będą pozytywne. Nie umiałam odpuścić… Wyszukiwałam coraz więcej u siebie chorób i u męża. Pewnego dnia prawie po roku starań spóźniał mi się okres – nie dopuszczałam do siebie wiadomości że to ciąża. Zrobiłam test i wyszedł pozytywny. Mieszkaliśmy w Anglii tam nie można iść od razu sprawdzić czy jest ciąża. Nie mogłam w to uwierzyć i coś nie dawało mi spokoju… Będąc na wakacjach w Polsce pierwszy raz zobaczyłam bijące serduszko. To był sam początek ciąży. Nie mogłam w to uwierzyć… Ciągle nachodziły mnie czarne myślim że stracę dziecko. Będąc na kolejnej wizycie niecały tydzień później Pani doktor zakończyła ją słowami: 'niestety serduszko nie bije. ' Świat mi się zawalił w jednej chwili. Tego samego dnia pojechałam do szpitala a na drugi dzień był zabieg. Kilka dni później pochowaliśmy na cmentarzu małe serduszko. Całe wakacje spędziłam w Polsce w domu. Mąż był za granicą. Musiałam udawać przed rodzicami, że wszystko jest ok. Obwiniałam siebie. Nie mogłam sobie z tym poradzić. Po zabiegu musiałam zaczekać że staraniami 3 miesiące . Przynajmniej wtedy odpoczęłam psychicznie. Wróciłam do Anglii do męża.. Później się przeprowadziliśmy, wzięliśmy kota ze schroniska tak żeby zająć czymś głowę… Nieustannie prosiłam o modlitwę kogo się da. Również Waszą wspólnotę. Mijały dni miesiąc po miesiącu a ja dalej myślałam tylko o jednym. Raz ufałam raz wątpiłam… Poleciałam do polski do lekarza ponieważ plamiłam. Lekarz kazał czekać do okresu i zrobić badania. Zrobiłam test . Wyszedł pozytywny. Nie wierzyłam, że jest wszystko ok. Ciągle coś wymyślałam zamiast się cieszyć. Pierwsza wizyta u ginekologa była spontaniczna. Beta znowu wzrosła. Pani doktor mówiła, że nic nie widzi, że jest za wcześnie. Jednak po zmianie pozycji pyta o bliźniaki w rodzinie. Podczas badania doktor potwierdziła 2 pęcherzyki. Tydzień później na wizycie doktor powiedziała o krwiaku, który jest koło 1 dzidziusia i straszyła, że może pociągnąć je ze sobą gdy będzie się krwiak ulatniał. Pierwszy raz zobaczyłam bijące 2 serduszka . Zmieniam lekarza. Cała ciążą przebiegała bardzo dobrze mimo mojej paniki i czarnych myśli. Ciągle byłam blisko Boga i ciągle mu się zawierzałam . Nas zawierzałam. Modliłam się i prosiłam o to innych. Miewałam chwilę zwątpienia. Bóg jednak dał wytrwać. W 36+2 tc na świat przyszły nasze cuda. Córeczka i synek. Kończą w kwietniu 1.5 roku. A ja nie mogę się nimi nacieszyć. Codziennie dziękuję Bogu za nich. Są spełnieniem moich marzeń. Każdemu życzę aby ich marzenie się spełniło. Modle się za Was kochani żebyście i Wy doświadczyli tego cudu od Boga. Bóg jest Wielki. Nie umiem wyrazić swojej radości. Wierzę że i Wam się uda. Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus. Chwała Panu

#19 świadectwo

„Nic się nie dzieje przedwcześnie i nic się nie dzieje za późno. Wszystko się dzieje w swym czasie, wszystko… Wszystkie uczucia, spotkania, odejścia, powroty, czyny, zamiary, zawsze właściwą godzinę biją Boże zegary.” 6 lat temu ten cytat towarzyszył nam z mężem podczas Sakramentu Małżeństwa, chcemy aby to świadectwo było wyrazem naszej ogromnej wdzięczności naszemu Panu i Maryji oraz otuchą i nadzieją dla wszystkim małżeństw, które starają się o potomstwo. Napisanie tego świadectwa było dla nas trudniejsze niż nam się wydawało, pisząc je patrzymy jak nasz synek, nasz Boży cud śpi spokojnie, jesteśmy najszczęśliwsi na świecie pomimo codziennych trudów i obowiązków. Naszego szczęścia nie da się przeliczyć – nie było tak od początku historia naszych potknięć, nawróceń trwa cały czas… Byliśmy bardzo zakochani i szczęśliwi. Wydawało nam się, że wszystko będzie takie proste, cudowne, bo się kochamy… Bardzo pragnęliśmy dziecka. Miało być dopełnieniem wielkiego szczęścia. Okazało się, że nasze marzenia i plany nie wystarczą. Zanim urodził się nasz syn najpierw leczyłam endometriozę, później Hashimoto, jeszcze później bielactwo. Kiedy w końcu zaszłam w ciążę – poroniłam ją. Na dodatek okazało się, że cierpię na niezłośliwy nowotwór jajnika. Po wszystkich nieudanych próbach, rozpoczęliśmy szturm do nieba w intencji poczęcia dziecka. Modliliśmy się razem jak i każde z osobna. W tamtym czasie postanowiliśmy prosić o modlitwę tak naprawdę każdego napotkanego człowieka. Matka Boża pokazywała nam, jak dla nas ludzie łączą się w modlitwie, jak obcy nam ludzie podejmują posty, wyrzeczenia, abyśmy właśnie my mogli zostać rodzicami. Wiele razy były zamawiane za nas Mszę Święte – zarówno przez nas samych, naszych przyjaciół, znajomych i rodzinę. My sami w intencji poczęcia dziecka odmawialiśmy Nowennę Pompejańską. I nagle problemy zaczynały znikać. To co nie możliwe, okazało się możliwe. 28 września urodził się nam syn – Szymon. To mąż wybrał imię. W języku hebrajskim oznacza ono „Bóg wysłuchał” . Nasza radość nie miała granic. Mamy świadomość, że możemy się nim cieszyć dzięki modlitwie wielu osób. Matka Boża wysłuchała naszych próśb. Dziś wdzięczni Panu Bogu, chcemy dodawać otuchy i wlać nadzieje w serca wszystkich małżeństw, które pragną potomstwa. Dla Boga nie ma nic niemożliwego, trzeba tylko cierpliwości. Chcemy każdego ósmego dnia miesiąca ofiarować Mszę świętą za małżeństwa starające się o potomstwo. Msza będą odprawiana w naszym parafialnym kościele pw. Trójcy Świętej i Narodzenia NMP w Chodlu tak jak i za nas robili to przez kilka lat wspaniali ludzie.

Dziękujemy Ci Panie Boże za wszystko! Bądź uwielbiony w staraniach innych małżeństw i obdarz je łaskami potrzebnymi na ten czas oczekiwania. Bądź uwielbiony w każdym człowieku, którego postawiłeś i stawiasz na naszej drodze. Dziękujemy za tych, którzy o nas pamiętają na modlitwie i dziękujemy za przyjaciół ze wspólnoty „Światło” którzy są z nami bez względu na okoliczności, trwają, są wsparciem, są Twoimi cichymi aniołami i razem z nimi możemy Cię uwielbiać i Twoją najcudowniejszą Matkę.

#18 świadectwo

Mam na imię Krzysztof, chciałbym podzielić się z Wami swoim świadectwem. Słyszeliśmy tu już wiele świadectw, wiele z nich to świadectwa wiary, to świadectwa wewnętrznej przemiany, to świadectwa nawrócenia, zawierzenia Bogu. To świadectwo będzie trochę inne… Będzie opowieścią o cudzie, cudzie który wydarzył się tu w tym szczególnym miejscu, ale może od początku… Z moja żoną Anią znamy się wiele, wiele lat… W naszym wspólnym życiu wiele rzeczy odkładaliśmy na potem… No bo studia, praca, kariera sami wiecie jak to jest… Kiedy 6 lat temu pobraliśmy się od razu uznaliśmy, że to pora na dziecko. Tak sobie wymyśleliśmy, że teraz to już ten czas, nie jesteśmy już tacy młodzi to najlepiej teraz już, ale to tak nie działa… Minęło pół roku, rok, rok i kilka miesięcy a tu nic. Uznaliśmy, że już czas wybrać się do specjalistów. Nie będę opisywał naszej długiej drogi, wieloletniej przez różnych lekarzy, bo nie starczyłoby na to dnia. Poza tym mam pełną świadomość, że będzie to droga podobna do drogi wielu z Was. Jest to droga przepełniona często bólem, wyrzeczeniami, ogromem rozczarowań. Mimo diagnozy leczyliśmy się dalej, jednak zawsze mieliśmy pełną świadomość, że bez Pana Boga nic wydarzyć się nie może. Dlatego też prosiliśmy o modlitwę, chodziliśmy co niedzielę do kościoła, czekaliśmy na cud… Mijały lata, co święta, co jakieś uroczystości: urodziny, imieniny wszyscy do około życzyli nam tego tego jednego, tego dziecka które miało stać się sensem naszego życia. Minęło dokładnie 5 lat od naszego ślubu, ja już po 40, Ania jeszcze przed ale już niedaleko więc już mieliśmy świadomość, że mamy mało czasu, że może pora odpuścić, może trzeba sobie dać spokój. Tak naprawdę postanowiliśmy, że to będzie już ostatni rok naszej walki. I po prostu odpuścimy. Nasi bliscy przyjaciele, którzy zawsze nas wspierali kilka razy zapraszali nas na różne nabożeństwa ale odmawialiśmy. Wiecie Oni jak ja to nazywam to taki wyższy level wiary, należą do wspólnoty, mają ten dar zawierzenia, którego ja nie miałem, którego chciałem i szukałem ale go wciąż nie otrzymywałem. Poza tym wydawało mi się, że przecież proszę, modlę się chodzę do kościoła moja rodzina też bardzo prosi za nas… Jestem chyba dobrym człowiekiem? Staram się żyć z przykazaniami… Więc dlaczego? Dlaczego nie mogę mieć tego dziecka? Panie Boże! Znam tylu ludzi, którzy nie przywiązują wagi do wiary, nie chodzą do kościoła, nie modlą się a mają dzieci i nawet nie doceniają tego ogromnego daru jaki otrzymali. Gdzie jest ta sprawiedliwość Panie Boże? To jest nie fer! Jak to jest? Z takim żalem i zwątpieniem i taką rezygnacją trafiliśmy tu do Matemblewa. Powiem Wam szczerze, że nawet nie pamiętam jak to się stało, że przyjechaliśmy tutaj na te pierwsze spotkanie 8 dnia, bo to było pierwsze spotkanie. Pierwsza rzecz jaka nas uderzyła to był taki detal, drobiazg, przy wejściu czekał na nas ksiądz proboszcz, który w sposób absolutnie serdeczny przywitał nas i zaprosił do świątyni. To był też pierwszy element, taki drobiazg, który nam pokazał, że to miejsce jest jakieś inne, niezwykłe. Znacie księdza proboszcza, wiecie jak serdeczną jest osobą i to nas tak zaskoczyło, ludzi którzy tego nigdy nie doświadczyli w swoich parafiach. Matemblewo stało się dla nas takim niezwykle ważnym miejscem, za sprawą duszpasterzy i atmosfery jaka tu panuje. Co miesiąc byliśmy na nabożeństwie 8 dnia miesiąca, co niedziele chodziliśmy tu do kościoła, ale to trwało już tak długo, że mimo tych znaków i otwartości wciąż u mnie występowało takie rozgoryczenie, zwątpienie i zniechęcenie. Bo wiecie jak to jest… Już w pewnym momencie człowiek już nie ma siły. Dokładnie rok temu, dokładnie 8 grudnia nie chciało mi się naprawdę tutaj przychodzić. Byłem po pracy, zmęczony, stwierdziłem że pewnie nic to już nie zmieni. Moja żona Ania miała więcej zapału i gdyby nie ona, to pewnie bym się więcej już tu nie pojawił. I taki rozgoryczony pojawiłem się na tym naszym spotkaniu comiesięcznym. Jak co miesiąc włączałem się w tą modlitwę. Jak na każdym z tych nabożeństw pojawiło się słowo poznania, słowo którego do końca nie rozumieliśmy. I tam było wiele słów takich bardzo ogólnych, że para starająca się i tak dalej… Które mogłyby trafiać do każdego z nas. Ja z tym całym swoim nastawieniem jakoś mocno nie przywiązywałem do tego uwagi i w pewnym momencie usłyszałem zdanie: „małżeństwo Krzysztof albo Joanna albo Anna” no to od razu strzał! O…taki konkret. Nagle się przebudziłem. „Krzysztof ma ciemne włosy, ubrany jest w ciemną kurtkę, ma na sobie dzisiaj jeansy. Pan Jezus chce powiedzieć im dzisiaj, że dokładnie za rok o tej samej porze w rękach będą trzymać swoje dziecko”. No taka już konkretna obietnica. Myślę sobie ile może być takich Krzysztofów z Aniami tutaj… W mojej głowie pojawiło się zwątpienie.. eee.. to nie chodzi o nas, moje spodnie to przecież nie są jeansy… Gdy wróciłem do domu zdjąłem te portki a na metce zobaczyłem napis JEANS SPORT. Myślę sobie, no nie ma siły to jest taki konkret, że trudno się spierać. Powiem szczerze, że trochę się bałem, że gdyby się to słowo nie spełniło to co będzie z moją wiarą? I tak już jest ona taka dosyć słaba. 15 października na świat przyszedł Franciszek, dziś jest 8 grudzień a Słowo się wypełniło. Trzymamy w rękach nasze dziecko, dokładnie tak jak było powiedziane. Dokładnie rok po tym gdy Pan złożył nam obietnice. Słuchajcie oprócz zdrowego dziecka dostaliśmy coś więcej, dostaliśmy dar wiary, którego nam brakowało, mnie brakowało. Bo czy ja racjonalista, wątpiący do bólu, mógłby w jakiś sposób zakwestionować ten cud? Pewnie gdyby Ania w tym czasie tak po prostu w między czasie zaszła w ciąże i szczęśliwie ją donosiła, pewnie moglibyśmy pomyśleć pewnie się udało, leczyliśmy się tyle lat, stosowaliśmy różne terapie i się udało… Ale kiedy Pan mówi do Ciebie po imieniu, opisuje Twój wygląd, składa taką obietnice w czasie, deklaruje ją ustami kapłana, to się sprawdza… to nie ma tego jak podważyć… Dlaczego to się stało w ten sposób? Dlaczego taką drogą chciał działać Pan? Zadawałem sobie takie pytanie… I wydaje mi się, że po to żeby nie dać szans na wyparcie tego cudu – takim niedowiarkom jak ja. I dwa, by przez to świadectwo dać nadzieje tym wszystkim, którzy nie potrafią tak jak ja nie potrafiłem tak po prostu zaufać. Nasze świadectwo to jest dziś nasz obowiązek. I powiem Wam dziś jeszcze jedno, nie wiem jak to jest, jak to działa ale Matemblewo jest niezwykłe. Nie wiem dlaczego właśnie tutaj modlitwa działa tak skutecznie, ale tak po prostu jest i wiem, że trzeba z szczerym sercem , tak jak ja i z czystym bólem, ze zwątpieniem, czy żalem do Boga, z tym wszystkim przyjść… Dzisiaj ksiądz Andrzej mówił, że chodzi w tym wszystkim o zbliżenie do Boga i wygląda na to, że to miejsce jest jednym z najlepszych miejsc do tego, żeby się do Boga zbliżyć. Wierzę szczerze w to, że trzeba być tutaj, czekać na słowo, które przychodzi w bardzo różny sposób, do nas przyszło w taki niezwykły, konkretny, bo widocznie ja takiego potrzebowałem. Chwała Panu!

#17 świadectwo

Cztery lata staraliśmy się o dziecko. Lekarze mówili, że jesteśmy zdrowi, że potrzeba czasu. Wszędzie słyszeliśmy wyluzujcie, zrelaksujecie się, dajcie sobie czas. I wszędzie tylko ten czas i czas… Wtedy trafiliśmy na lekarza, który wiedział, że jednak nie czas jest problemem. Lekarz zdiagnozował niedrożność jajowodów. Powiedział, że nie ma możliwości by je udrożnić. Usłyszeliśmy, że mamy marne szanse na zajście w ciążę i że tak było od początku. Poczułam, że to już koniec… Wtedy przypomniało mi się, że słyszałam o pewnej modlitwie. Zaczęłam odmawiać Nowennę Pompejańską. Przez 54 dni odmawiałam cztery części Różańca, prosząc o dar potomstwa. Modlitwę skończyłam mówić w marcu. W czerwcu okazało się, że jestem w ciąży. Dlaczego o tym mówię publicznie? Przecież ciąża to na tyle delikatna sprawa, że mogłabym zachować to dla siebie. Mówię, bo na końcu modlitwy było jasno napisane, że jeśli moja prośba zostanie wysłuchana, to mam to wszystkim ogłosić. Kiedy to przeczytałam przysięgłam, że tak zrobię. Jak się później okazało, modlitwę skończyłam odmawiać 19 marca 2018, a mój Borysek urodził się 19 marca 2019. Widocznie kończąc modlitwę Bóg powiedział: za rok ujrzysz swoje dziecko! Tak sobie właśnie myślę… Nowenna Pompejańska towarzyszyła mi również przez całą ciążę. Każdego dnia prosiłam o zdrowie dla maleństwa. I tak też się stało… A teraz znów się modlę, bo gdy Borysek miał 8 miesięcy, okazało się, że znów jestem w ciąży. I ponownie błagam Najświętszą Panienkę o wstawiennictwo, by moje drugie dzieciątko również urodziło się zdrowe. Ten który wierzy, nie potrzebuje wyjaśnienia. Temu kto nie wierzy, wyjaśnić się nie da. Bo do pewnego momentu może pomóc leczenie, później już tylko Bóg. Daria

#16 świadectwo

Po walce z niepłodnością, poronieniu otrzymaliśmy dar potomstwa… Pierwsze dziecko poczęło się dość szybko – po 6 miesiącach starań. Wyproszone, oczekiwane. Pojawiło się po odmówieniu Nowenny Pompejańskiej. Na modlitwie pełnej łez, ostatniego dnia Nowenny w Sanktuarium Matki Bożej usłyszałam zapewnienie, że za miesiąc pojawi się dziecko i mam za nie dziękować. Tak się stało. Radość ogromna. Niestety szybko minęła. Po 9 tygodniach poroniłam. Trudno zrozumieć dlaczego tak się stało. Lekarze mówili, że to częste zjawisko przy pierwszym dziecku i nie potrzeba badań. Badałam się więc na własną rękę. Wszystko wskazywało na zaburzenia mojej płodności. Zwykli lekarze nie byli w stanie podjąć leczenia dlatego zapisałam się do naprotechnologa. Dalsze diagnozy wskazywały na kolejne nieprawidłowości, wdrożyliśmy leczenie. Dołączyliśmy też do wspólnoty rodziców po stracie dziecka przy kościele. W tym czasie w rodzinie ciąże, narodziny, chrzciny, huczne urodziny…
U nas zaś podejrzenie drugiego poronienia. Było mi niesamowicie ciężko. Szukaliśmy pomocy poprzez uczestnictwo w różnych nabożeństwach, odmawianie Nowenn… Byliśmy też na Mszy z modlitwą o uzdrowienie, a miesiąc później otrzymaliśmy indywidualne błogosławieństwo na Mszy dla małżeństw bezdzietnych w Wąwolnicy. Tam usłyszeliśmy obietnicę: za rok przyjedziemy dziękować. Chciałam w to wierzyć, ale były chwile, gdy całkowicie wątpiłam. Przez cały okres starań widziałam jak Bóg walczy o mnie, jak podtrzymuje mnie w wielu kryzysach. Nasz maluszek począł się z ogromnym prawdopodobieństwem w rocznicę poronienia, a narodził tak, że za rok mogliśmy pojechać przed figurę Matki Bożej dziękować. Cała ciąża, mimo wielu chorób i leczenia, przebiegła prawidłowo. Wiem, że to od Boga otrzymaliśmy naszego maluszka, a zwłaszcza dzięki wstawiennictwu Matki Bożej, dlatego nazwaliśmy córeczkę Maria – na Jej cześć i chwałę.

#15 świadectwo

Chciałabym podzielić się swoim świadectwem. Zacznę od początku… Zawsze marzyłam o dziecku i myślałam, że to nie będzie trudne bo przecież większość ludzi w moim otoczeniu posiada potomstwo i nie miało problemów z poczęciem. Dla mnie to było oczywiste, że szybko nam się uda i będziemy cieszyć się naszym własnym dzidziusiem. Niestety, nie było nam to dane. Po ślubie zaczęliśmy starać się
o dziecko… Mijały miesiące… Nic nie wskazywało na to, że cokolwiek się zmieni w naszym życiu. W końcu usłyszałam diagnozę – zespół policystycznych jajników, niedoczynność tarczycy, brak owulacji, nieprawidłowa macica itp. Lekarz jasno powiedział, że nigdy w tej sytuacji nie będę mogła mieć dzieci. To był dla mnie cios… Przepłakałam długi czas nie mogąc się pogodzić z tą diagnozą. Czułam się jak bezużyteczny wrak, który nie potrafi dać mężowi dziecka. Postanowiliśmy pójść do innych lekarzy ale diagnoza była taka sama. Dodatkowo mąż też miał problemy z płodnością. Za nami były długie starania i leczenie a dalej kolejne miesiące pokazywały negatywne testy ciążowe. Przy okazji dowiadywałam się o ciążach osób w otoczeniu a mi było tylko coraz ciężej. Nie mogłam się pogodzić z tym, że Pan Bóg nie chce nas obdarzyć tak pięknym darem jakim jest potomstwo. Nie wiedziałam wtedy, że Bóg ma swój plan dla nas w odpowiednim momencie życia a nie gdy my tylko tego chcemy. Gdy starania i leczenie nie dawały nic, poddaliśmy się. Zaczęliśmy się częściej modlić i chodzić do kościoła. Zawierzyłam nasze małżeństwo Bogu. W między czasie mieliśmy kryzys w małżeństwie i było naprawdę nieciekawie. Byliśmy o włos od rozstania. Jakiś czas po tym kryzysie który swoją drogą był też dla mnie sprawdzianem i lekcją, ujrzałam dwie kreski na teście ciążowym. Bóg ewidentnie chciał sprawdzić czy nasze małżeństwo stanie się silniejsze i wierzę, że ten czas był po to by nas umocnić w Nim. Dzięki tym wszystkim wydarzeniom nawróciliśmy się i umocniliśmy nasze małżeństwo. Nauczyliśmy się także pokory i cierpliwości. Pan Bóg nigdy nie opuszcza nas i wysłuchuje nasze prośby. Ma wspaniały plan dla każdego! Warto poczekać i zaufać Mu, aby zrealizował go w najodpowiedniejszy dla nas czasie. Bóg zapłać.

#14 świadectwo

Chciałabym się podzielić z Wami moim świadectwem. Jesteśmy z mężem młodym małżeństwem, chociaż mamy po 33 lata. Od razu po ślubie zapragnęliśmy mieć dziecko. W końcu kiedy się udało po wizycie u ginekologa okazało się ze na USG nic nie widać (miał być to 7 tydzień ciąży). Pani ginekolog poinformowała mnie, że to było bardzo wczesne poronienie albo ciąża jest jeszcze bardzo młoda. Zleciła mi badana, powiedziała, że wiele zależy od wyniku. Poziom hormonu oznaczającego ciążę w odpowiedni sposób wzrastał. Z nadzieją ponownie zgłosiłam się do pani doktor, która poinformowała że przy takim wyniku muszę być w ciąży. Niestety pęcherzyk ciążowy zagnieździł się w przydatku (to jest pomiędzy jajnikiem, a jajowodem ) Diagnoza ciąża pozamaciczna, skierowanie na „już” do szpitala z informacją, że nie ma szans, że będę mieć zabieg, że jest to zagrożenie mojego życia. W drodze do szpitala prosiłam Boga o cud. Poinformowała też najbliższych i prosiłam o modlitwę… I stał się cud!!! Ponownie trafiłam na USG (w odstępie około 2 godzin od poprzedniego) pęcherzyk ciążowy znalazł się w macicy!!! W tym momencie poczułam wielką łaskę. Następnego dnia zadzwoniła do mnie przyjaciółka, którą także prosiłam o modlitwę. Zapytała czy wiem że to był cud, powiedziała, że to Pan Bóg przeniósł mi dziecko do macicy. Odpowiedziałam jej, że wiem i mocno w to wierze. I w tym momencie poczułam ogromne ciepło w dole brzucha. Tak jakby ktoś położył mi gorącą rękę. Dla Pana Boga nie ma nic Niemożliwego!!!!

#13 świadectwo

Chciałabym podzielić się z Wami swoim świadectwem.  W lutym zaszłam w ciąża, bardzo się cieszyłam ale jednocześnie miałam jakieś swoje obawy, ponieważ na początku ciąża była zagrożona. Gdy minął 12 tydzień i ciąża rozwijała się już prawidłowo, postanowiłam odmówić Nowennę Pompejańską w intencją urodzenia zdrowego maleństwa.

Po 30 tygodniu ciąży zaczęłam mieć upławy, nic więcej się nie działo więc stwierdziłam, że to pewnie jakaś infekcja. Moja mama KAZAŁA mi pójść do lekarza. Lekarz stwierdził, że te upławy nie są niczym niepokojącym. Na USG jednak okazało się, że moja córeczka zatrzymała się w rozwoju. Natychmiast trafiłam do szpitala, ponieważ groziła mi zamartwica płodu. Rozwiązano ciążę, pomimo złych rokowań moja córcia urodziła się zdrowa (!) będąc wcześniakiem i ważąc zaledwie 1750 g. Szczerze wierzę, że to Matka Boża pokierowała mną i moją mamą abym w odpowiednim momencie udała się do lekarza, pomimo świetnego samopoczucia, gdyż do planowanej wizyty moja córcia najprawdopodobniej już by nie żyła. Polecam wszystkim modlitwę Nowenną Pompejańską. Warto, Matka Boża nas prowadzi.

#12 świadectwo

Kochani, chciałam się z Wami podzielić świadectwem łaski i cudu, który otrzymałam od Pana Boga za wstawiennictwem Matki Najświętszej. Jestem mamą dwójki chłopców. Od dłuższego czasu nosiłam w swoim sercu pragnienie posiadania kolejnego dziecka – mianowicie córki. Długo prosiłam Pana Boga, aby pobłogosławił nam dzieckiem. Od zawsze marzyła mi się duża rodzina. Chciałam mieć gromadkę biegających po domu dzieci. Kilka lat temu zmarł mój jedyny brat, to pragnienie posiadania dużej rodziny spotęgowało się. W między czasie Pan Bóg postawił na mojej drodze wspaniałego lekarza endokrynologa, który objął mnie fachową opieka i właściwie przygotował do ciąży. Pomimo wielu przeciwności, typu niedoczynność, choroba Hashimoto – pomalutku się to udawało. W styczniu natrafiłam na transmisję adoracji z modlitwą o uzdrowienie dla małżeństw o to proszących. Podczas transmisji online, padły słowa poznania, że (…) jest kobieta, która od dłuższego czasu prosi o córkę. Pan Ci ją da (…). Coś mnie dotknęło, poczułam jak łzy płyną po moich policzkach. Wiedziałam, że Pan Bóg przemawia do mnie. Jakiś czas później, okazało się że jestem w ciąży. Strach i niedowierzanie, a jednocześnie ogromna radość i wdzięczność za ten cud. Ciąża przebiegała dość problematycznie… Podczas badan prenatalnych potwierdziło się, że noszę pod sercem córeczkę. Malutka urodziła się miesiąc przed terminem z wagą… UWAGA!!! 3930g szczęścia i miłości. Poród przebiegł dobrze, szybko i bez komplikacji. Czułam Bożą opiekę w tym czasie i są to dla mnie najwspanialsze chwile. Okrzyknęli ją mianem „big wcześniaka”. Była największym dzieckiem na oddziale nawet wśród dzieci urodzonych o czasie. Martynka urodziła się w Maryjne Święto – nie mogło być inaczej! Od samego poczęcia Mamusia się nami opiekowała i wstawiała. Nie mogę wyrazić swojej wdzięczności i wzruszenia i nadal nie mogę w to uwierzyć iż u progu 2019 roku prosiłam o dziecko – o wymarzoną córeczkę – a u schyłku roku trzymam ja w ramionach, tulę… Łzy same płyną mi po policzku i dziękuję za nią Panu Bogu i Maryi. Moje świadectwo to również apel do małżeństw starających się o dziecko, aby nigdy nie tracili wiary, by nigdy się nie poddali i walczyli do samego końca… Pan Bóg uzdrawia, czyni cuda. Trzeba tylko zaufać, jak dziecko ojcu i całkowicie się mu oddać.

#11 świadectwo

Mam na imię Marlena. Miałam tu przyjechać z moim mężem ale niestety musiał wyjechać, ale jestem tu dzisiaj z moim 4 miesięcznym synkiem Kubusiem. Kubuś jest wielkim darem od Pana Boga… Bardzo mocno wymodlonym… Kiedy braliśmy ślub z moim mężem, oczywiste było dla mnie, że będziemy mieć dzieci… Nigdy bym sobie nawet nie pomyślała, że nie będę mogła ich mieć, więc gdy pojawił się problem to dla mnie był naprawdę szok. Mijały miesiące, mijały lata – dziecka nie było. Oczywiście jeździliśmy po lekarzach, wydaliśmy majątek na wizyty, na leczenie… Dostałam diagnozę, że mam niedrożne oba jajowody i nigdy nie będę mogła mieć dzieci… Zaproponowano nam in vitro, ale oczywiście odmówiliśmy z moim mężem – wiedzieliśmy, że nie jest to wolą Pana Boga abyśmy w taki sposób starali się o dziecko. Postanowiliśmy, że Mu zaufamy… Pojawiał się oczywiście po ludzku smutek, żal. Kiedy byłam już w takim kryzysie pamiętam, że otworzyłam Pismo Święte i dostałam takie słowo: „będziesz miała syna” aczkolwiek nadal miałam wiele wątpliwości. Zaczęliśmy modlić się z moim mężem modlitwą różańcową – zawsze modlitwa różańcowa była mi bardzo bliska – Maryja nigdy mnie nie zostawiła. Ta modlitwa sprawiała, że zaczynaliśmy Bogu ufać, zostawiliśmy mu całe nasze życie i wszystko co się dzieje w naszym życiu. Czasem pojawiały się jakieś spięcia i kłótnie, zwłaszcza gdy nie modliliśmy się razem – do tej pory tak jest, że jak przestajemy się razem modlić zaczynają się jakieś spięcia. Jakiś czas temu pojechałam do sióstr Matki Bożej Miłosierdzia z Gdańska na rekolekcje dla kobiet. Pamiętam, jak ksiądz wystawił pudełko na ołtarzu podpisane „Jezu Ty się tym zajmij”. Mieliśmy napisać list do Pana Boga… Ja wylałam wszystkie swoje żale na kartkę. Wyrzuciłam Mu wszystko co mi leży na sercu i pozostawiłam na ołtarzu. Z rekolekcji wróciłam z wielkim pokojem… W miedzy czasie bardzo wiele osób się za nas modliło: znajomych, nasza wspólnota do której należymy, wspólnota modlitwy o potomstwo, siostry… Bardzo mocno tą modlitwę odczuwaliśmy. Wiedzieliśmy, że ten czas oczekiwania jest planem Pana Boga, że chciał przez to zmienić nasze małżeństwo, relacje, wlać pokój i zrozumieć że nie zawsze dostajemy wszystko to czego chcemy, ale czasami on ma inny plan na nas. Ten plan zawsze jest dobry. W wakacje pojechaliśmy do Medjugorie tam zostawiliśmy wszystko i też wróciliśmy z takim wielkim pokojem w sercu, wiedzieliśmy że wszystko będzie dobrze. Dokładnie rok temu byliśmy tu w Sanktuarium Matki Bożej Brzemiennej w Matemblewie na modlitwie o uzdrowienie, pamiętam że było wystawienie Najświętszego Sakramentu, ja już wiedziałam że będę w ciąży. Z takim wielkim uśmiechem patrzałam na Pana Jezusa. Zrobiliśmy kolejne badania drożności jajowodów i okazało się, że oba są drożne… Ciąża nie była łatwa, od początku była określona „ciąża wysokiego ryzyka”. Przez cały czas były zastrzyki, wysokie TSH, niski progesteron, trombofilia i wiele różnych chorób. Całą ciąże miałam wątpliwości czy wszystko będzie dobrze i czy Kubuś się urodzi zdrowy… Urodził się zdrowy! Dostał 10 punktów i jest super rozwijającym się dzieckiem. Z mężem należymy do wspólnoty. Taka ciekawostka… W naszej wspólnocie są na początku spotkań takie grupy dzielenia… Grupa męska i żeńska. Ja jestem w żeńskiej części gdzie jest 7 osób. Trzy osoby w tym ja, bardzo chciałby mieć dziecko i były w tym ogromne trudności. Wszystkie borykałyśmy się z niepłodnością, wiele lat. Modliłyśmy się także za siebie nawzajem. I pewnej jesieni w ciągu 2 miesięcy wszystkie przyszłyśmy z nowiną, że jesteśmy w ciąży. Wiec też błogosławiłyśmy Pana, że okazał taką sprawiedliwości i każdą obdarzył potomstwem. Była wielka radość w naszej wspólnocie. Żeby było śmieszniej każda z nas urodziła syna, więc tez się śmiałyśmy, że nie wyróżnił żadnej. Chciałabym Wam powiedzieć, żebyście nie tracili nadziei. Bóg jest naprawdę dobry! Czasem potrzeba czasu, ale wierzę że będzie Wam Błogosławił. Chwała Panu!

#10 świadectwo

Moje problemy zdrowotne zaczęły się, gdy osiągnęłam pełnoletniość – prezent z okazji 18-tych urodzin od życia brzmiał naprawdę groźnie- rak złośliwy tarczycy, a ja w myślach wybierałam kolor trumny usłyszawszy taką diagnozę… Bóg jednak miał względem mnie zupełnie inne plany, ale wiedział również, ze dobrze będzie mną potrząsnąć..🙂 po dwóch operacjach na pozbycie się markerów nowotworowych dostałam w gratisie radiojod, który – jak okazało się wiele lat później – zniszczył mi rezerwę jajnikową, a usłyszeć w wieku 28 lat słowo 'menopauza' i 'raczej nigdy nie będzie pani mieć dzieci', gdy człowiek marzy o założeniu rodziny- nie jest łatwo….
Również od czasu raka do czasu innych diagnoz łatwo nie było, a to za sprawą 10 lat szukania dobrego ginekologa, który by ogarnął układ hormonalny wraz z całym zapleczem endokrynologicznym… Po 10 latach bezowocnych poszukiwań Bóg postawił na mojej drodze wyjątkowego doktora – naprotechnologa Adama Kuźnika w Skoczowie. Zlecał ogromna ilość badan, wnikliwie analizował wyniki i karty obserwacji cyklu, wspaniałe dobierał leczenie, diagnozujących kolejne i kolejne problemy, które razem dadzą w przyszłości hucznie brzmiąca diagnozę: niepłodność pierwotna. Dr Kuźnik jednak prócz ogromnej wiedzy jaką zdobył w Stanach Zjednoczonych (wszyscy naprotechnolodzy tam tylko mogą się uczyć) nigdy nie powiedział: nigdy nie będzie pani mamą. Choć zawsze mówił, że będzie ciężko…
Po drodze wyszłam za mąż, ciąża nie przydarzyła się nigdy, a po 1,5 roku rozpoczęliśmy konkretne starania, które tez nie przynosiły owoców… Wtedy sięgnęłam po ostatnia deskę ratunku – ta, która nigdy mnie nie zawiodła- Modlitwę! Najpierw od października do moich ukochanych Świętych- Rity, patronki spraw beznadziejnych i niemożliwych, św. Dominika, św. Józefa, św. Jana Pawła II, św. Gerarda, św. Stanisława Papczyńskiego. To było moją Ostoją! Moja Ekipa, która prowadziła mnie aż do samego porodu, której dziś dziękuję…. gdy po kilku miesiącach modlitw nadal ciąży nie było – włączyłam kolejną broń – Nowennę Pompejańską, wiedziałam, że jest 'nie do odparcia'! Po Świętach Wielkanocnych okazało się, że jestem w upragnionej ciąży… Bałam się bardzo, każdego dnia polecałam to dzieciątko Bogu i moim Świętym… Po 25 tygodniach bajecznej ciąży, Palec Boży sprawił, że pojechałam na 'przypadkową' wizytę z usg, a potem na sygnale do szpitala – z maksymalnie skróconą do 1 cm otwierającą się szyjką i wpuklonym pęcherzem płodowym… Gdybym nie trafiła do szpitala, urodziłabym, bo objawów nie miałam żadnych, a dziecko nie miałoby szans na przeżycie…. W szpitalu zaczęły się za mnie modlić setki osób – rodzina, znajomi i nieznajomi, grupy modlitewne i inne… i wtedy zaczęły się dziać kolejne wielkie cuda- syn się nie urodził, pęcherz płodowy odpłynął, szyjka się wydłużyła, założono mi nawet pessar i wyszłam do domu, cały czas modląc się, by to wyjątkowe Dziecko urodziło się w terminie żywe i zdrowe… Tak tez się stało – największy Cud zdarzył się tuż przed Świętami Bożego Narodzenia- siłami natury w ekspresowym tempie przyszedł na świat zdrowy chłopak Filip Dominik! Chwała Panu! Chwała Matce Bożej z Pompejów! Wszystkim Świętym Orędownikom! A wszystkim ludziom ze wspaniałymi sercami, także z projektu Modlitwa o potomstwo jeszcze raz bardzo dziękuje za modlitwę!
Jola

#9 świadectwo

Po blisko 14 latach małżeństwa, po 40-tce, gdy po ludzku już wydawało się że nie ma szans, 2 kwietnia przyszła na ten świat nasza córeczka Grace Mary. Dla Boga nie ma rzeczy niemożliwych! Jesteśmy małżeństwem blisko 14 lat, staraliśmy się o dziecko długo, ale nic z tego nie wychodziło. Po wielu wielu latach zaczęłam godzić się z tym, że nie możemy mieć dzieci. Po 9 latach małżeństwa mieliśmy z mężem poważny kryzys, który okazał się punktem zwrotnym w naszym życiu. Pomimo trudności i cierpień, Bóg wyprowadził z tego kryzysu dobro. Bliska mi osoba powiedziała mi wtedy o Nowennie Pompejańskiej. Maryja wzięła mnie pod swoje skrzydła, nie zostawiła samej. Dzięki Różańcowi, dzięki Niej, nasze małżeństwo się odrodziło na nowo, umocniło się i dojrzało. A przede wszystkim Maryja zaprowadziła nas do Jezusa. Zbliżyliśmy się do Boga, najpierw ja a z czasem i mąż . Nasza relacja z Bogiem się odnowiła i pogłębiła, bo wcześniej to bywało różnie. Wtedy, po 10 latach małżeństwa, niespodziewanie wydarzył się cud. Dowiedzieliśmy się z mężem, że spodziewamy się dziecka. Byliśmy bardzo szczęśliwi, bo dzięki Bogu okazało się że jesteśmy płodni. Niestety, straciliśmy to dzieciątko w pierwszym trymestrze. Po ludzku było ciężko, ale dzięki Bogu mieliśmy siły by przejść przez wszystko. To co się stało dało nam mimo wszystko nadzieję, że możemy mieć dzieci, jeśli taka jest wola Boża. Zaczęłam modlić się o dziecko, wtedy zaczęłam też modlitwę w Róży o potomstwo. Modliłam się również o dobrego lekarza ginekologa, by nas poprowadził. Trafiłam do dobrego Bożego ginekologa, pani doktor porządnie się nami zajęła, przebadała i monitorowała moje cykle. Okazało się, że mamy problem natury genetycznej, nie da się nic zrobić, więc mogliśmy liczyć tylko na cud. Niebawem okazało się, że spodziewamy się drugiego dzieciątka. Ale i tym razem dziecko umarło w 9 tygodniu. Wtedy natrafiłam na fb na stronę „Kobieta jest boska” i poprosiłam o objęcie modlitwą również mnie i męża. Bliskie osoby i przyjaciele modlili się również w naszej intencji. Na początku 2018 roku straciliśmy trzecie dzieciątko, również w 9 tygodniu. Cierpienie związane ze stratą naszych dzieci ofiarowaliśmy zawsze Bogu w intencji za dusze w czyśćcu. Ufamy, że te cierpienie nie poszło na marne. Że Bóg chciał od nas tej ofiary, by zbawić dusze. A także, by przez cierpienie nauczyć nas pokory, ufności i oddania się Bożej woli. W międzyczasie zawierzyłam Maryi w Niepokalanowie nasze pragnienie potomstwa, byśmy umieli przyjąć wolę Bożą niezależnie jaka będzie. A moja dobra koleżanka zawierzyła nas Maryi na Jasnej Górze. W lipcu 2018 po raz czwarty dowiedzieliśmy się, że spodziewamy się dziecka. Byliśmy szczęśliwi, że Bóg kolejny raz nam pobłogosławił. I byliśmy wyjątkowo spokojni, mielibyśmy pokój w sercu, oddaliśmy wszystko Bogu. Niezależnie jaką drogę nam przygotował. Od początku również zawierzyliśmy dzieciątko pod opiekę Św. Rodziny. Poszłam na badanie, na potwierdzenie ciąży do mojej ginekolog. Okazało się, że był 6 tydzień i pierwszy raz w życiu usłyszałam bicie serduszka dziecka. To był cudowny moment. Dzięki Bożej opiece oraz opiece Maryi i św Józefa, nasze dziecko rosło zdrowo i na każdej wizycie serduszko biło, a dzidziuś rósł prawidłowo. Mamy za co wielbić i dziękować Bogu! Nie dość, że pobłogosławił nam dzieciątkiem, to ciąża przebiegła bez większych problemów. Kochani, modlitwa działa cuda! Czasem trzeba cierpliwości i ufności, trzeba poczekać dłużej na cud, ale nasze modlitwy zawsze są wysłuchane. Prędzej czy później. Nie możemy tracić wiary i nadziei, nie możemy się poddawać. Ufajmy Bogu, w Jego nieskończone miłosierdzie. I prośmy Maryję o wstawiennictwo i opiekę, Ona nas nigdy nie zawiedzie. Dziękuję z całego serca Siostrom oraz wszystkim, którzy się modlili za nas.

#8 świadectwo

Nasza droga do stania upragnionymi rodzicami była długa i bezowocna – trwała ponad 7 lat. Już po zawarciu małżeństwa marzyliśmy o potomstwie, niestety…
Chodziliśmy do lekarzy i wszyscy twierdzili to samo, że zostanie rodzicami droga natury dla nas jest niemożliwe. Długie leczenia hormonalne było nie tylko naprawdę trudnym ale i kosztownym przeżyciem dla naszego małżeństwa. Wszystkie starania były bezowocne… Z dnia na dzień i z roku na rok traciłam nadzieje zostanę mamą. Ciągle modliłam się do Boga prosząc o cud i miłosierdzie. Tylko modlitwa i inne świadectwa dawały silę, by nie stracić nadziei. I stal się cud…
Zaszłam w ciąże z bliźniakami, co również było ryzykowne, lekarze ciągle obawiali się o poronienie, ale modlitwa była jedynym i najlepszym lekarstwem.
6 czerwca na świat przyszły dwa aniołki Kristian i Gabriela. Chwała Panu! Dziękujemy wspólnocie Modlitwa o potomstwo, wszystkim świętym i orędownikom. Niech moje świadectwo będzie udowodnieniem tego, że z pomocą Boga to co niemożliwe staje się możliwe. Tuląc do siebie maluchy dziękuję Bogu najwyższemu za ten cud. Współczuje każdemu małżeństwu, które stara się bezowocnie o potomstwo i nawołuje do modlitwy, bo tylko ona dodaje sil, leczy dusze i uzdrawia. Miłosierdzie Boże nie ma granic i nasze szczęście jest tego świadectwem.

#7 świadectwo

W czerwcu 2017 roku straciliśmy córkę Weronikę. Cały ból po stracie dziecka zamknął mi serce na Bożą Miłość. Leżąc na łóżku marzyłam, aby ktoś przeniósł mnie w inny czas. W włączonym nagraniu usłyszałam słowa z Pisma Świętego.: „Ufaj córko!! Pan Nieba obdarzy cię radością w miejsce twego smutku. Ufaj córko!!” . Zła na Niego i traktując te słowa niemal jak żart uczepiłam się ich jak ostatniego ratunku. I tak przetrwałam pogrzeb i czas żałoby aż do 20 listopada. Tego dnia dowiedziałam się, że znów jestem w ciąży… Zaczęłam się modlić o życie dla tego dziecka. Myślałam, że modlitwa będzie zaklęciem, które sprawi, że nie stracę tej kruszynki i że cała ciąża będzie idealna, książkowa, bezproblemowa. Bóg miał inny plan. Przygotowywał moje serce na zmiany – Boże zmiany. 28 listopada pojechałam na spotkanie wspólnotowe z totalnie nieznanym mi człowiekiem. Mówił nam On o sile modlitwy oraz o tym, czym jest Wspólnota. Tego samego wieczoru trafiłam do szpitala z poważnym krwotokiem. Siedząc i czekając na lekarza wiedziałam już, że tracę moją kruszynkę. Nie miałam sił na modlitwę.. Trafiłam dość szybko na badanie ginekologiczne – lekarz nie dawał mi nadziei… Krwawienie było za mocne a skrzepów było za dużo. Nie robiąc wcześniej USG lekarz starał się przyspieszyć to co podświadomie uznaliśmy obydwoje za nieuniknione – poronienie. Dopiero na moją prośbę aby zakończył badanie ponieważ już nie mogłam wytrzymać bólu przy ucisku brzucha stwierdził, że zrobi USG i zatrzyma mnie w szpitalu. Nigdy nie zapomnę chwili kiedy ujrzał na monitorze moje dziecko, a po chwili pokazał także mi, że pęcherzyk ciążowy trwa w macicy nienaruszony, że poronienia nie ma. Skąd zatem to krwawienie? Lekarz kazał mi pozostać w szpitalu myśląc, że zaszkodził mi i mojemu dziecku i że może jednak dojść do poronienia. Jedynym wskaźnikiem, oprócz oczywiście braku krwawienia miał był wzrost hormonu HCG po kilku dniach. Dowiedziałam się, że jeśli będzie rósł to będzie znaczyło, że moja kruszyna żyje. Całym sercem tego pragnęłam, jednak rozum mówił inaczej. Przesłałam wiadomość do Kamili z prośbą o modlitwę, a ona przekazała ją dalej do wspólnoty. Nie wiedziałam że tego wieczoru ze znajomymi modlili się za te dziecko. Już tego wieczoru krwawienie ustało. 29 listopada moja wspólnota brała udział we Mszy Świętej z modlitwą o uzdrowienie a ja wsłuchiwałam się w nią poprzez telefon. Nie modliłam się. Po prostu trwałam w ciszy, nie liczyłam na cud. Pragnęłam tylko, aby jakoś przetrwać ten czas. Czas bez nadziei. Bez liczenia na cud.
On jednak się wydarzył!!! 30 listopada lekarz przyszedł rano z najpiękniejszą informacja: HCG rośnie! Pozostało zrobić USG. Pokazało ono zaczątek życia. Moje dziecko żyło! Nie myślcie sobie, że cała ciąża była piękna i radosna. Co jakiś czas pojawiało się plamienie, skurcze ale i także wiadomość, że mam toksoplazmozę, która powoduje poważne wady u płodu. Potem powróciła mi dysfunkcja błędnika, której w ciąży się nie leczy.. Dziś patrzę na te wydarzenia jako na plan Boga, który był w każdym tym wydarzeniu, w każdej chwili obawy o to dziecko i mówił wciąż Słowami: „Ufaj córko!!! Pan Nieba obdarzy cię radością….” A ja?? Wątpiłam, ufałam, wątpiłam, bałam się, potem byłam spokojna. Jak na sinusoidzie. Piszę wam to aby pokazać Boży cud ale także doświadczenie, w którym Pan kształtował moją duszę. Stwarzał ją na nowo.
Dziś piszę to świadectwo trzymając na rękach córeczkę – Oriane. Kiedy patrzę w jej oczy, to widzę spojrzenie Boga pełne miłości, ufności i pokoju, które nadal mówi : „Ufaj córko..” a ja nie mogę przestać Mu dziękować przez łzy. On jest Panem życia i obdarował nas nim w niesamowity sposób. Niech Bóg będzie uwielbiony!!!

#6 świadectwo

Rok temu zaszłam w ciąże. Byłam pełna paniki jak to będzie. Nie mieliśmy jeszcze własnego mieszkania, ja dopiero zaczynałam rozwijać się zawodowo… Niestety w sierpniu ciąże poroniłam. To był dla mnie cios… Załamałam się kompletnie, nie potrafiłam przestać płakać, unikałam całkowicie tego tematu, bo fizycznie i psychicznie nie dawałam sobie rady, do tego doszedł. Widziałam zaangażowanie męża, który chciał mi pomóc, ale sama nie wiedziałam jak.. On też nie wiedział jak może mi pomóc – sam też cierpiał. W końcu przestaliśmy o tym rozmawiać, unikaliśmy tego tematu, a ból się pogłębiał. Jedynym ratunkiem była relacja z Nim. Relacja wtedy tak trudna, że jedyne co słyszałam to cisza, dlaczego tak się stało? Co to miało zmienić w nas? We mnie? Nie potrafiłam wtedy nawet rozmawiać o tym z Bogiem. Czułam niezrozumienie, tym bardziej, że w konfesjonale zapewniano mnie, że już jestem matką. Mimo wszystko chciałam trwać przy Nim, bo wiedziałam, że tylko On może mi pomóc. Lekarz stwierdził też, że dobrze by było poczekać z poczęciem 3 miesiące. Wtedy też po rozmowie z mężem, z Panem Bogiem stwierdziliśmy, że to On będzie decydował kiedy mamy stać się rodzicami i nie ważne w jakim będziemy miejscu w życiu, jeśli On tego będzie chciał to to przyjmiemy. Długo nie musieliśmy czekać, bo już we wrześniu zaszłam w drugą ciążę. Byłam tak szczęśliwa, że wiedziałam że tym razem musi się udać. W dodatku we wrześniu odebraliśmy klucze do naszego mieszkania.

Wszystko zaczęło się układać. Już wtedy od samego początku w głowie miałam tylko jedno imię Szymon. Nawet nie byłam w stanie sprawdzać innych imion, bo w głowie miałam słowa: „to i tak będzie Szymon, nawet nie szukaj innych imion”. No i stało się, usg pokazało, że będzie synek. Wtedy też, jadąc na każda wizytę i usg prosiłam nasze pierwsze dzieciątko o wstawiennictwo, za swojego brata, by wszystko było dobrze. Któregoś razu podczas sprzątania pomyślałam sobie co w ogóle oznacza to imię, Szymon oznacza „Bóg wysłuchał”. Wtedy też przypomniałam sobie jak dziewczyny z Modlitwa o potomstwo zapewniły nas o ciągłej modlitwie za nas. To się nazywa siła modlitwy! 7.06.2019 przyszedł na świat nasz synek, Szymon Jan. Wymodlony nasz mały cud. Piszę to świadectwo, nie tylko dodając siły i wsparcia parom, które starają się o potomstwo, ale również po to by ufały, że Pan Bóg ma nas wszystkich w swojej opiece nawet jeśli myślimy, że jesteśmy sami. Mimo też strachu przed porodem, bólem, cierpieniem stwierdziłam, że On nie może mnie zostawić w takim dniu, że wiem na milion procent, że będzie ze mną i ten cały strach, lęk który funduje nam zły, zwyciężę będąc z Nim. Okazało się, że urodziłam bez znieczulenia (które było przewidziane) w niecałe 5h zdrowego synka. Nie ma rzeczy, które nie jesteśmy w stanie przejść, jeśli mamy obok siebie Boga. Dziś, patrząc na mojego synka widzę nie tylko dziecko. Widzę żywy cud, który pokazuje ile w stanie jesteśmy zrobić dla drugiego człowieka. To niesamowite, że człowiek jest w stanie poprosić o dar otrzymania drugiego człowieka dla kogoś. Otaczamy wsparciem i modlitwa wszystkie pary starając się o potomstwo. Módlmy się za siebie nawzajem i wierzmy, że wszystko co Bóg dla nas zsyła jest nie bez przyczyny, wszystko nas czegoś uczy. Niech uczy nas przede wszystkim miłości do siebie nawzajem.

#5 świadectwo

Z żoną jesteśmy razem już prawie 14 lat z czego ponad 6 w małżeństwie. O problemach zdrowotnych, które mogą prowadzić do niepłodności wiedzieliśmy jeszcze przed ślubem. Moja żona miała zdiagnozowany zespół policystycznych jajników, który wiąże się z zaburzeniami owulacji, ja zmagałem się z żylakami powrózka nasiennego. Nasze starania o poczęcie zaczęliśmy ponad 3 lata temu, mając świadomość, że nie będzie łatwo. Obserwacja cykli mówiła nam, że do tamtego momentu ponad półtora roku poprzedzających starania były bezowulacyjne. Ginekolożka, która leczyła żonę zaproponowała nam, żebyśmy spróbowali wywołać owulację farmakologicznie. W pierwszym wspomaganym cyklu pojawiła się owulacja, w drugim dała początek nowemu życiu. Nie mogliśmy uwierzyć w nasze szczęście. Niestety, na wizycie okazało się, że zarodek rozwija się za wolno. Mimo to, wiedząc o nieregularności cykli, oddaliśmy nasze niepokoje Bogu i oczekiwaliśmy kolejnej wizyty. Do wizyty nie doczekaliśmy… Żona w 7 tygodniu ciąży zaczęła plamić. Pełni obaw, ale nadal nadziei, pojechaliśmy do szpitala. Tam lekarz po badaniu oznajmił, że nie uwidacznia echa serca i ciąża jest obumarła. Lekarz polecił zgłosić się do ginekolog prowadzącej ciążę. Od wizyty w szpitalu do wizyty u lekarki upłynęło kilka dni. Były to najgorsze dni w naszym życiu. Pełne rozpaczy, ale też wielkiej nadziei. Zawierzyliśmy nasze życie Bogu i Matce Najświętszej. Nie pamiętam, żebyśmy kiedykolwiek wcześniej tak żarliwie się modlili. Modliliśmy się o cud i o to, żeby to wszystko okazało się pomyłką. Tak się jednak nie stało… To były najgorsza dni w naszym życiu. Nie dzieliliśmy się nowiną o stracie z najbliższymi, było nam ciężko o tym z kimkolwiek rozmawiać, ale mieliśmy siebie i to było najważniejsze… Dopiero w Święta podzieliliśmy się naszym smutkiem z najbliższą rodziną. Mimo wszystko cały czas ufaliśmy, że z całej tej sytuacji wypłynie dobro. Do naszych modlitw o poczęcie i urodzenie dziecka dołączyły modlitwy naszych rodziców i rodzeństwa.

Żona nie była zadowolona z wcześniejszego leczenia oraz braku, w naszym mniemaniu, odpowiedniej diagnostyki, dlatego kontynuując przyjmowanie leków zaczęła się rozglądać za innym lekarzem i tak trafiliśmy do ginekologa, który współpracuje z naprotechnologiami. Po pierwszej wizycie kontrolnej zostaliśmy namówieni do spotkania z instruktorem metody Creightona i do umówienia wizyty u lekarki, która zajmuje się leczeniem niepłodności. Kilka tygodni później okazało się, że żona jest w kolejnej ciąży. Wizytę przełożono na wcześniejszy termin, żeby jak najszybciej włączyć leczenie podtrzymujące ciążę. Po wizycie żona miała zrobić jeszcze kolejne kontrole poziomu hormonu beta HCG, który na wczesnym etapie, potwierdza prawidłowy rozwój ciąży. Niestety tym razem też nie dano nam cieszyć się zbyt długo ciążą. Poziom hormonu nie rósł prawidłowo, a kontrolne USG nie pokazało, oprócz pęcherzyka, nic więcej i orzeczono tak zwane puste jajo płodowe. Między kolejnymi badaniami i wizytami modliliśmy się o cud, kiedy jednak diagnoza została postawiona, zaczęliśmy prosić znowu o „jak najlepsze rozwiązanie tej sytuacji”. Tym razem też udało nam się obyć bez tak zwanego łyżeczkowania.

Mimo kolejnego zawodu, nadal była w nas nadzieja. Troska jaką otoczyli nas lekarze dała nam pewność, że teraz już na pewno jesteśmy w dobrych rękach. Starania o poczęcie po konsultacji odłożyliśmy do czasu, kiedy zostaną wykonane zlecone badania. W świetle tych wyników, leczenie zostało zmienione, a my dostaliśmy zielone światło. W międzyczasie po jednej z Eucharystii połączonej z modlitwą uwielbienia modlono się nad nami w modlitwie wstawienniczej. Kolejne osoby dołączyły do grona modlących się za nas. To dodało nam wiary, że nasze prośby zostaną wysłuchane.

W trzecią ciążę żona zaszła w styczniu zeszłego roku. Myśleliśmy, że tym razem się uda nam ją utrzymać. Gdy tylko dowiedzieliśmy się o niej poprosiliśmy księdza o odprawienie Mszy w naszej intencji. Niestety, tak jak w poprzednim przypadku, tak też tą ciążą nie mogliśmy się długo cieszyć. Kolejny raz okazało się, że mimo wszelkich starań, ciąża nie rozwija się prawidłowo.W tym wszystkim najgorsze było chyba to, że nadal nie znaliśmy bezpośredniej przyczyny poronień. Żadne badanie nie przybliżyło nas do postawienia diagnozy, dlaczego tak się dzieje, a leczenie włączone na podtrzymanie ciąży było bardziej na zasadzie „na pewno nie zaszkodzi, a może pomóc”. Po ludzku zatrzymaliśmy się w punkcie, w którym nie można było już nic więcej zrobić.

W lipcu, żona natknęła się na facebook’u na profil modlitwa o potomstwo i postanowiliśmy poprosić o objęcie nas modlitwą. I tym sposobem kolejne osoby dołączyły do już sporego grona osób wspierających nas modlitwą.

Mimo wielu smutków, które nas spotkały zawsze ufaliśmy Bogu. To oczywiście nie znaczy, że nie przychodziły chwile zwątpienia w to, czy dane nam będzie biologiczne rodzicielstwo. Długo zastanawialiśmy się nad tym, czy w ten sposób Bóg nie daje nam znaku, żebyśmy odpuścili i pomyśleli o adopcji.
Ostatnia ciąża zdarzyła nam się żartobliwie mówiąc „przypadkiem”. To był czas, kiedy mieliśmy włączone kolejne leczenie, które „może pomoże” i mieliśmy odłożyć poczęcie do jego zakończenia oraz wizyty i badań kontrolnych po nim. Wizyta po leczeniu była już wizytą ciążową. Napisałem do wspólnoty z prośbą o jeszcze gorętszą modlitwę i dostałem zapewnienie, że będą wspierać nas modlitwą.

Tym razem Bóg wysłuchał nas i wszystkie życzliwe osoby, które nas wspierały, choćby westchnięciem. Bóg zatroszczył się o nas. Trafialiśmy na samych troskliwych lekarzy, którzy wspaniale się nami opiekowali z ogromną dbałością. Dzięki temu ciąża nareszcie rozwijała się prawidłowo. Wprawdzie nie należała do łatwych, a żona przyjmowała, jak to określali lekarze „wiadro leków”, ale wszystkie wyniki badań, a przez wcześniejszą naszą historię, było ich naprawdę dużo, wychodziły albo w normie albo z niewielkimi odchyleniami, które szybko były korygowane przez odpowiednie dawki lekarstw.
Tym sposobem w czerwcu powitaliśmy na świecie naszą wytęsknioną córeczkę, a oczekiwanie, mimo, że długie i trudne, a także miłość, którą otrzymaliśmy w tym czasie od wszystkich, którzy nas otaczali zbliżyły nas do Boga i do siebie nawzajem.

#4 świadectwo Ani i Rafała

Na pierwszej adoracji w Matemblewie w zeszłym roku, padły słowa poznania, że za rok o tej porze zostaniemy rodzicami… dokładnie tej Bożej obietnicy nie pamiętamy ale oboje z mężem spojrzeliśmy wtedy na siebie w jednym momencie i jakoś bardzo mocno poczuliśmy, że są to słowa skierowane do nas. Serca nam biły jak szalone.W moich oczach ogromne przerażenie i strach, a z drugiej strony wiedziałam, że to nie możliwe. Dlaczego? No właśnie po pierwsze ja słowa poznania, że będę mamą skierowane prosto do mnie usłyszałam dwa lata wcześniej i do tej pory nic się nie zadziało a z drugiej strony moje zdrowie i zalecenia lekarzy nie pozwalały na to. Przeszłam cztery poważne operacje i dwa zabiegi. Kiedy usłyszałam te słowa pobiegłam do lekarza aby upewnić się czy aby na pewno nie!!!! I wtedy kolejny raz usłyszałam, że nie ma takiej możliwości z resztą z takimi wynikami i z tak zaawansowaną chorobą hashimoto nie ma szans na zajście w ciążę. Wtedy nawet trochę się ucieszyłam, bo z jednej strony bardzo pragnęłam dziecka a z drugiej strony bardzo się bałam.

Kiedy zaszłam w poprzednia ciążę o którą staraliśmy się 10 lat nasze małżeństwo bardzo mocno się posypało. Więcej czasu rozmawialiśmy o rozwodzie niż o naszym dziecku, na które czekamy. Ciąża była bardzo trudna, leżenie w szpitalu i do tego ogromna samotność. Kompletnie tego nie rozumiałam, a w moim sercu radość zastąpiła złość na Pana Boga. Ciągle pojawiające się pytanie dlaczego? Dlaczego Panie Jezu obdarowujesz mnie dzieckiem a zabierasz męża? Nie rezygnowałam z modlitwy choć to był czas kiedy było bardzo trudno się modlić.Trwało to wszystko parę lat. Moja modlitwa a raczej ciągłe pretensje i zadawanie pytań przeradzały się w coraz to bliższe relacje z Panem Bogiem. Tak bardzo wtedy zbliżyłam się do Niego, z każdym dniem Pan Bóg stawał się coraz mi bliższy, stawał się moim najlepszym przyjacielem, ja czułam się coraz bardziej kochana i rozumiana, moje słowa żalu i złości przemieniały się w słowa kocham Cię. Ta bliskość z Panem Bogiem zbliżała mnie do mojego męża. Jego ogromna miłość i bliskość leczyła nasze małżeńskie relacje. Zrozumienie siebie, budowanie zaufania a przede wszystkim wybaczanie sobie sprawiły, że miłość w naszym małżeństwie pojawiła się ze zdwojoną siłą. Wszystko się ułożyło, oboje bardzo zbliżyliśmy się do Pana Boga, choć dziś już wiem, że to Pan Bóg zaprosił nas do tej bliskiej relacji, przyjaźni bo bardzo nas kocha. I kiedy po raz pierwszy usłyszałam słowa, że zostanę mamą bardzo się ucieszyłam i jeszcze bardziej przestraszyłam. Bałam się, że kiedy pojawi się dziecko małżeństwo znowu się sypnie. Ale miesiące mijały, rok drugi i dziecka niema. Często nawet wątpiłam w te słowa, myślałam że ksiądz się pomylił, że może coś jest nie tak. Po jakimś czasie zostaliśmy zaproszeni tu do Matemblewa do wspólnej modlitwy za pary starając się o potomstwo. Wtedy pomyślałam my …..i już na pierwszym spotkaniu te słowa, że za rok…..patrząc wtedy na Pana Jezusa oddałam Mu każdy mój niepokój serca, każdy lek i strach, to był moment kiedy przebaczyłam mężowi z tak miłością jaka otrzymuje od Pana Boga. W moim sercu jakby pojawiła się zgoda, na to co Pan Bóg chce nam dać. Po kilku miesiącach okazało się, że jestem w ciąży i dokładnie rok później 2 września urodziła nam się córeczka Helenka. Pan Bóg daje nam słowo, a ono nie wypełnia się, czekamy miesiąc rok a nawet i dłużnej, często zaczynamy wątpić a nawet rezygnujemy z modlitwy ze spotkania z Jezusem, bo nie ma sensu, bo nic się nie dzieje, że te słowa chyba jednak nie do nas. Nic bardziej mylnego. Dziś już wiem, że Pan Bóg zawsze wypełnia swoje słowa. Ale to my często nie jesteśmy gotowi aby je przyjąć. Dlatego też wraz ze słowem, które nam daje, daje nam czas. Czas, w który pozwala nam dojrzeć do tego słowa. Oczyścić i przygotować serce na przyjęcie tego co Pan Bóg chce nam dać. Ten czas, który otrzymujemy pozwala nam poprzez Jego słowo zbliżyć się do Niego, do drugiego człowieka, uczy nas dialogu miłości bo Bóg jest miłością. Dziś wiem, że wtedy dwa czy trzy lata temu nie byłam gotowa aby przyjąć słowo, które Pan Bóg dla nas przygotował, dziś rozumiem dlaczego tak długo musiałam czekać. Pan Bóg tak bardzo nas kocha, zawsze wypełnia swoje słowa, wystarczy Mu zaufać. Bliskość i przyjaźń z Panem Bogiem czyni cuda. Powiedz Mu tylko tak.

Chwała Panu. Ania i Rafał

#3 świadectwo Anny i Mariusza

Jesteśmy małżeństwem od 14 lat a od około 8 lat staraliśmy się o potomstwo. Nie była to dla nas łatwa droga, ponieważ za każdym razem kiedy zachodziłam w ciążę kończyło się to stratą, poronieniem. Wtedy zwiedziliśmy wiele gabinetów ale żaden lekarz nie potrafił nam pomóc. Każdy tylko rozkładał ręce i zlecał kolejne badania. Byliśmy na Mszy z modlitwą o uzdrowienie i to był ten moment kiedy powiedzieliśmy dość! Dość tych doświadczeń, jeśli Bóg nam nie pomoże to nikt nie jest w stanie nam pomóc. Później pojechaliśmy na kurs nowe życie, gdzie oddaliśmy swoje życie Jezusowi, uznaliśmy Go Królem i Panem naszego życia. Tą konkretną sprawę jaką jest rodzicielstwo oddaliśmy Bogu. Modliłam się przez 2 lata 8 grudnia w Godzinie Łaski, prosząc o dar potomstwa. Gdy pojechałam 3 raz tego dnia na modlitwę nie byłam świadoma, że pod moim sercem rozwija się już Jaś. Długo nie trzeba było czekać na owoce modlitwy ponieważ w grudniu dzień przed wigilią dowiedzieliśmy się, że po raz kolejny zostaniemy rodzicami. Bardzo cieszyliśmy się z tego powodu aczkolwiek nie potrafiłam pokazywać tego szczęścia, ponieważ cały czas chodziły mi myśli po głowie: czy to się uda? Czy dziecko się urodzi? Czy nie będziemy kolejny raz cierpieć z tego powodu? W lutym na Mszy z modlitwą o uzdrowienie było takie proroctwo: „Pan przychodzi do rodziców, którzy niedawno poczęli dziecko, On przychodzi do Was z pokojem. Tamte poczęcia były tracone, ale to poczęcie mam moc utrzymać”. Uchwyciłam się tego proroctwa jak ta kobieta cierpiąca na krwotok, która całe swoje mienie wydała na lekarzy i nic jej nie pomogło i dopiero kiedy uchwyciła się płaszcza Jezusowego została uzdrowiona. Nie wiedziałem wcześniej dlaczego spotykałam się w Piśmie Świętym ciągle z tym czytaniem, ale teraz już wiem. Bóg miał dla nas swój plan, swój najlepszy, wspaniały plan. Kiedy w lipcu trafiliśmy do szpitala czułam się wyjątkowo, ponieważ cały czas czułam obecność Jezusa… W personelu, w lekarzach i zwłaszcza przy porodzie. Cały czas Jezus był przy mnie. Jasiu się urodził jako nasze pierwsze a zarazem piąte dziecko. Ania

Bóg jest wielki, Bóg ma potężną moc. Bóg jest zawsze z nami. On potrafi wszystko zmieniać. I tak przemienił właśnie nasze życie, poprzez to, że dał nam naszego upragnionego syna – Jasia. Kiedy byliśmy w szpitalu kiedy był ten moment porodu czekając na korytarzu na jego narodziny miałem w sobie wewnętrzny pokój, bo Bóg zapewnił nas, że On jest cały czas przy nas.. Nawet się za bardzo nie modliłem bo wiedziałem, że On tam jest i ma to w swojej opiece. Kiedy Jasiu się urodził dostałem go na 2 minuty do rąk. Dowiedziałem się, że ma problemy z oddychaniem i musi trafić do innego szpitala. Nie kłóciłem się z Panem Bogiem dlaczego tak jest, bo wiedziałem że Pan Bóg tak jak powiedział: „ zapewniam Was, że Ja zawsze z Wami jestem. Nie bójcie się”. Jadąc do szpitala do naszego synka, prosiłem tylko Pana Boga abym nie ujrzał takiego obrazu podpiętego Jasia pod jakąś aparaturę – i Bóg to uczynił. Kiedy trafiłem na salę, Jasiu leżał samodzielnie oddychając, to była dla mnie takie Boże zapewnienie. Za to Tobie Chwała Boże! Mariusz

#2 świadectwo Lucyny i Tomka

Kochani! Chciałam się z Wami podzielić kawałkiem swojego życia…Pewnego dnia dowiedziałam się, że jestem chora, że mam raka. Polscy lekarze załamywali ręce mówiąc: „nie mamy pomysłu na Pani leczenie, został Pani rok życia…” Szukałam pomocy poza granicami Polski.. Znalazła się klinika za granicą, która mi mogła pomóc i tak też się stało. Teraz jestem zdrowa, nie ma nawrotów choroby, badania i wyniki są książkowe i nikt by w życiu nie powiedział, że chorowałam.. Wydawałoby się, że już będzie dobrze… Bardzo dobrze pamiętam rozmowę z TOMKIEM (z moim Mężem) jeszcze przed naszym ślubem na temat tego: ile chcemy mieć dzieci… Odpowiedź nasza była taka sama TROJE. I absolutnie w tamtym czasie nie myśleliśmy, że ten plan będzie dla nas aż tak trudny do zrealizowania. Wyszłam za mąż… jak to każda kobieta: piękna suknia, ślub, wesele, podróż poślubna, życie takie błogie i radosne i nagle okazuje się że, jestem w stanie błogosławionym. Dla nas to była przeogromna radość, szczególnie po takiej chorobie jaką ja przeszłam. W 13 tygodniu ciąży okazało się, że dziecko zmarło, serce przestało bić i trzeba to dziecko usunąć. Trzeba… bo nic się nie da zrobić.

Nie ma słów, które by opisały co kobieta czuje w takim momencie i nikt nigdy tego nie zrozumie jeśli sam tego nie doświadczy. Dla mnie i dla mojego męża był to ogromny ból, ogromny żal do Pana Boga… Ale w tym wszystkim Pan Bóg dał nam taką siłę bycia przy Nim. Ciężko mi powiedzieć czy w tym czasie modliliśmy się z moim mężem, bo to chyba nie była modlitwa ale po prostu w milczeniu trwaliśmy przy Panu Bogu aby dodawał nam sił. Wiedzieliśmy, że Pan Bóg nie chciał śmierci tego dziecka i że On na pewno coś z tym zrobi. Po jakimś czasie okazało się, że znowu jestem w ciąży i ten sam scenariusz. Czy z każdą kolejną stratą dziecka było łatwiej? Absolutnie nie. Każde dziecko pokochaliśmy od pierwszego dnia kiedy dowiedzieliśmy się o Jego istnieniu. Żyłam w nadziei do końca, że po badaniu USG przed podaniem tabletki usłyszę, że dziecko żyje.

Po stracie drugiego dziecka usłyszałam, że mamy dać sobie spokój bo nie ma szans abym doniosła żywe dziecko a jeżeli doniosę to jest duże prawdopodobieństwo, że będzie chore. Krzyczałam na Pana Boga, wiem że on wysłuchał mojego krzyku, jako kobiety, jako matki.. Z drugiej strony wiedziałam że te dzieci są przy mnie, przy moim mężu… Czuwają, mają imiona bo to są nasze dzieci my jesteśmy ich rodzicami.

Maciek urodził się jako nasze czwarte dziecko a Kinga jako szóste. Do końca życia zapamiętam ten dzień, gdy byłam w ciąży z Kingą.. Od rana bardzo się bałam wizyty u lekarza i prosiłam Dobrego Boga o pokój serca. Lekarz bardzo skrupulatnie mnie badał, była ogromna cisza… I usłyszałam „Pani Lucyno niestety serduszko dziecka nie bije”… Kazał mi się ubrać i ze skierowaniem do szpitala miałam jechać na usunięcie martwego dziecka, które było pod moim serce. W gabinecie była ogromna cisza. Lekarz wypisywał skierowanie a ja w sercu bardzo się modliłam słowami Jezu Ufam Tobie… Aż nagle lekarz wstał i powiedział, że jeszcze raz mnie zbada. Rozpoczęło się badanie na nowo w ogromnym skupieniu i ciszy. Nagle usłyszałam: ku….. jest serce, bije!!!!!!!!!

Popłakałam się jak małe dziecko a lekarz spojrzał na mnie i nie mógł uwierzyć w to co się wydarzyło… Dzisiaj ten CUD ma prawie 2 lata i każdego dnia dziękujemy Miłosiernemu Bogu za Kingę. Dla Boga nie ma nic niemożliwego! Ufać do końca – jakże bardzo to ważne. Maciek i Kinga są zdrowymi dziećmi, pełnymi radości i chęci życia. Nasze serca płakały bardzo po stracie, ale nigdy nie straciliśmy z Mężem Nadziei. Nie zawsze potrafiliśmy rozmawiać z Bogiem ale zawsze staraliśmy się czuwać przed Nim razem – nawet w milczeniu i żałobie. Kochani w oczach Boga wszystko jest możliwe ❤

#1 świadectwo

Pragnę się podzielić swoją radością z upragnionego synka i podziękować za modlitwę. Właśnie tulę do snu pięknego dużego chłopca, którego sama nakarmiłam własnym mlekiem. Wszystkie te rzeczy są zdziwieniem dla lekarzy a oszałamiającym szczęściem i darem dla mnie. Pod koniec wywiadu przy przyjmowaniu do szpitala na oddział położniczy usłyszałam pytanie od zdziwionych położnych: jak pani zaszła w ciążę? To mi uświadomiło, że przebyłam długą drogę i podjęłam walkę, którą nie każdy podejmuje. Chorowałam na niedoczynność tarczycy, zespół policystycznych jajników, insulinooporność i endometriozę. Zanim trafiłam do NaPro Centrum byłam źle zdiagnozowana i w wyniku terapii środkami antykoncepcyjnymi miałam też depresję, która jak wiadomo nie pomaga w założeniu rodziny… No i otyłość to na nią lekarze zawsze zwracali uwagę jako główna przeszkodę i moją winę. To zawsze był pierwszy argument dlaczego leczenie nie przynosi skutków i zarzut u każdego lekarza u którego byłam. Każda z moich chorób dyskwalifikowała mnie do naturalnego poczęcia według większości lekarzy, którzy uważali, że w moim przypadku skuteczne będzie tylko invitro. Piszę to świadectwo dla wszystkich par, które latami zmagają się z niepłodnością, lekceważeniem ich godności przez lekarzy, samotnością, poczuciem winy, złością i ogromnym nieopisanym bólem i tęsknotą. Po latach diagnozowania usłyszałam mając dwadzieścia siedem lat, że raczej nie będę mieć dzieci. Potem już dostałam na wypisie ze szpitala oficjalnie plakietkę: niepłodność. Zastanawiałam się po co kupiliśmy takie duże mieszkanie, skoro nie będzie naszej gromady wyśnionej, teraz trzeba wykończyć i spłacać kredyt. Po co braliśmy ślub? Gdzie, jak znaleźć nowe cele i marzenia w życiu? To były strasznie trudne lata dla naszego małżeństwa a szczególnie dla mojego poczucia własnej wartości. Jestem tym bardziej wdzięczna wszystkim, którzy nie wstydzili się mówić o swoich trudnościach, o walce, osobom, grupom które się za nas modliły, pielgrzymom niosącym moje intencje. Bez Was nie otworzyła bym się na miłość i łaskę. Stałam się lepszą kobietą, żoną zanim zostałam matką. Taka kolej rzeczy ma sens..

Gdy się zaufa, kieruje wiarą, nadzieją i miłością i otacza ludźmi – w tym lekarzami np. jak my z NaPro Centrum, którzy kierują się tym samym, to dzieją się wspaniałe rzeczy. Niech również Was wypełni wdzięczność i uwielbienie.

Chcesz podzielić się własnym doświadczeniem spotkania z Bogiem ?
Dodaj swoje świadectwo.