Modlitwa o potomstwo

#22 świadectwo

Jesteśmy z mężem ponad 5 lat po ślubie. Bardzo chcieliśmy stworzyć pełną rodzinę. W pierwszą ciążę udało zajść się szybko. Niestety szczęście nie trwało długo. Dziecko straciliśmy na wczesnym etapie ciąży. O drugą ciążę nie było już tak łatwo. Gorąco modliliśmy się o dziecko. Często bywaliśmy w Matemblewie, gdzie trwaliśmy na modlitwie. Zwróciliśmy się także do specjalistów. A kiedy w Matemblewie rozpoczęły się adoracje, uczęszczaliśmy. Już po pierwszej adoracji okazało się że jestem w ciąży. Nie przebiegała ona jednak prawidłowo. W grudniu kiedy poszliśmy na adoracje rozpoczęło się poronienie. Byliśmy zrozpaczeni, ale jednocześnie pełni nadziei na to, że będzie lepiej. Usłyszałam wtedy obietnicę, że za rok będziemy cieszyć się dzieckiem. Tak też się stało. 6 grudnia przyszedł na świat nasz synek Tobiasz, nasz skarb, dar od Boga. Modlitwa ma ogromną moc.

#21 świadectwo

Zacznę od tego że borykałam się z problemem niepłodności przez 12 lat. Byłam bardzo obrażona na Pana Boga dlaczego nie może mi dać upragnionego dzieciatka. Przez kolejne lata zachodziłam w ciążę ale niestety traciłam je… 9 moich aniołków poszło do nieba… Więc pytałam Boże dlaczego? Modliłam się, chodziłam na pielgrzymki i dalej nic… Byłam obrażona na Boga. W końcu udało się podtrzymać ciąże środkami medycznymi i urodziłam córeczkę. Oczywiście moja obraza przeszła i zaraz pobiegłam do Kościoła podziękować za szczęśliwy poród i zdrowe dziecko. Półtorej roku później całkiem niespodziewanie dowiedziałam że się, że znów jestem w ciąży. Szok. Ciąża bliźniacza. Czyżby Pan Bóg wynagrodził mi te wszystkie lata i niepowodzenia? Ciąża była ciężka, musiałam leżeć w szpitalu na podtrzymaniu. Dzieci mimo komplikacji krwotoku i krwiaka dotrzymały u mamy w brzuszku do 32 tc po czym przyszły na świat poprzez CC. Chłopczyk i dziewczynka, na drugi dzień po porodzie poczułam się bardzo źle… Przyszedł do mnie lekarz i powiedział że dzieci są zdrowe ale ze niestety ja mam sepsę i że muszą mi zrobić transfuzje krwi jeżeli krew się nie przyjmie to umrę bo wyniki są bardzo złe. Odsunął się ode mnie i zobaczyłam na ścianie krzyż. Jak przez mgłę pamiętam słowa „jeszcze nie teraz”… „Walcz!”… Wszystko widziałam za mgłą tylko Pan Jezus na krzyżu był bardzo wyraźny. Zaczęłam się modlić ostatkiem sił. Przeżyłam, to ON dał mi siłę i wolę do walki nad swoim organizmem to ON pomógł mi z tego wyjść. Dziś jestem matką trójeczki zdrowych dzieciaczków i dziękuję Panu Bogu ze je mam i że żyje. Widocznie tyle musiałam przejść żeby wyjść na prostą i mieć to co mam dzięki temu doceniam jeszcze bardziej…. Dziękuję Ci Panie Boże….

#20 świadectwo

Z mężem zaczynaliśmy się starać o dziecko od razu po ślubie. Byłam przekonana, że uda się nam szybko zajść w ciąże gdyż u mojego rodzeństwa nie było najmniejszego z tym problemu. Mijały miesiące a ciąży nie było. Zaczęła się: rozpacz, wstyd, żal do Boga dlaczego ja? Zaczynałam wszystko u siebie sprawdzać aż do obsesji. Każdy miesiąc kiedy zbliżały się dni płodne ja szalałam. Szukałam u siebie wszystkiego żeby potwierdzić lub właśnie wmówić sobie, że owulacji nie ma, że coś jest nie tak. Mąż miał dość mojego gadania . Podchodził do tego bardziej pesymistyczne. A ja wpadałam w dołek emocjonalny. Testy ciążowe robiłam przed okresem licząc że będą pozytywne. Nie umiałam odpuścić… Wyszukiwałam coraz więcej u siebie chorób i u męża. Pewnego dnia prawie po roku starań spóźniał mi się okres – nie dopuszczałam do siebie wiadomości że to ciąża. Zrobiłam test i wyszedł pozytywny. Mieszkaliśmy w Anglii tam nie można iść od razu sprawdzić czy jest ciąża. Nie mogłam w to uwierzyć i coś nie dawało mi spokoju… Będąc na wakacjach w Polsce pierwszy raz zobaczyłam bijące serduszko. To był sam początek ciąży. Nie mogłam w to uwierzyć… Ciągle nachodziły mnie czarne myślim że stracę dziecko. Będąc na kolejnej wizycie niecały tydzień później Pani doktor zakończyła ją słowami: ‚niestety serduszko nie bije. ‚ Świat mi się zawalił w jednej chwili. Tego samego dnia pojechałam do szpitala a na drugi dzień był zabieg. Kilka dni później pochowaliśmy na cmentarzu małe serduszko. Całe wakacje spędziłam w Polsce w domu. Mąż był za granicą. Musiałam udawać przed rodzicami, że wszystko jest ok. Obwiniałam siebie. Nie mogłam sobie z tym poradzić. Po zabiegu musiałam zaczekać że staraniami 3 miesiące . Przynajmniej wtedy odpoczęłam psychicznie. Wróciłam do Anglii do męża.. Później się przeprowadziliśmy, wzięliśmy kota ze schroniska tak żeby zająć czymś głowę… Nieustannie prosiłam o modlitwę kogo się da. Również Waszą wspólnotę. Mijały dni miesiąc po miesiącu a ja dalej myślałam tylko o jednym. Raz ufałam raz wątpiłam… Poleciałam do polski do lekarza ponieważ plamiłam. Lekarz kazał czekać do okresu i zrobić badania. Zrobiłam test . Wyszedł pozytywny. Nie wierzyłam, że jest wszystko ok. Ciągle coś wymyślałam zamiast się cieszyć. Pierwsza wizyta u ginekologa była spontaniczna. Beta znowu wzrosła. Pani doktor mówiła, że nic nie widzi, że jest za wcześnie. Jednak po zmianie pozycji pyta o bliźniaki w rodzinie. Podczas badania doktor potwierdziła 2 pęcherzyki. Tydzień później na wizycie doktor powiedziała o krwiaku, który jest koło 1 dzidziusia i straszyła, że może pociągnąć je ze sobą gdy będzie się krwiak ulatniał. Pierwszy raz zobaczyłam bijące 2 serduszka . Zmieniam lekarza. Cała ciążą przebiegała bardzo dobrze mimo mojej paniki i czarnych myśli. Ciągle byłam blisko Boga i ciągle mu się zawierzałam . Nas zawierzałam. Modliłam się i prosiłam o to innych. Miewałam chwilę zwątpienia. Bóg jednak dał wytrwać. W 36+2 tc na świat przyszły nasze cuda. Córeczka i synek. Kończą w kwietniu 1.5 roku. A ja nie mogę się nimi nacieszyć. Codziennie dziękuję Bogu za nich. Są spełnieniem moich marzeń. Każdemu życzę aby ich marzenie się spełniło. Modle się za Was kochani żebyście i Wy doświadczyli tego cudu od Boga. Bóg jest Wielki. Nie umiem wyrazić swojej radości. Wierzę że i Wam się uda. Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus. Chwała Panu

#19 świadectwo

„Nic się nie dzieje przedwcześnie i nic się nie dzieje za późno. Wszystko się dzieje w swym czasie, wszystko… Wszystkie uczucia, spotkania, odejścia, powroty, czyny, zamiary, zawsze właściwą godzinę biją Boże zegary.” 6 lat temu ten cytat towarzyszył nam z mężem podczas Sakramentu Małżeństwa, chcemy aby to świadectwo było wyrazem naszej ogromnej wdzięczności naszemu Panu i Maryji oraz otuchą i nadzieją dla wszystkim małżeństw, które starają się o potomstwo. Napisanie tego świadectwa było dla nas trudniejsze niż nam się wydawało, pisząc je patrzymy jak nasz synek, nasz Boży cud śpi spokojnie, jesteśmy najszczęśliwsi na świecie pomimo codziennych trudów i obowiązków. Naszego szczęścia nie da się przeliczyć – nie było tak od początku historia naszych potknięć, nawróceń trwa cały czas… Byliśmy bardzo zakochani i szczęśliwi. Wydawało nam się, że wszystko będzie takie proste, cudowne, bo się kochamy… Bardzo pragnęliśmy dziecka. Miało być dopełnieniem wielkiego szczęścia. Okazało się, że nasze marzenia i plany nie wystarczą. Zanim urodził się nasz syn najpierw leczyłam endometriozę, później Hashimoto, jeszcze później bielactwo. Kiedy w końcu zaszłam w ciążę – poroniłam ją. Na dodatek okazało się, że cierpię na niezłośliwy nowotwór jajnika. Po wszystkich nieudanych próbach, rozpoczęliśmy szturm do nieba w intencji poczęcia dziecka. Modliliśmy się razem jak i każde z osobna. W tamtym czasie postanowiliśmy prosić o modlitwę tak naprawdę każdego napotkanego człowieka. Matka Boża pokazywała nam, jak dla nas ludzie łączą się w modlitwie, jak obcy nam ludzie podejmują posty, wyrzeczenia, abyśmy właśnie my mogli zostać rodzicami. Wiele razy były zamawiane za nas Mszę Święte – zarówno przez nas samych, naszych przyjaciół, znajomych i rodzinę. My sami w intencji poczęcia dziecka odmawialiśmy Nowennę Pompejańską. I nagle problemy zaczynały znikać. To co nie możliwe, okazało się możliwe. 28 września urodził się nam syn – Szymon. To mąż wybrał imię. W języku hebrajskim oznacza ono „Bóg wysłuchał” . Nasza radość nie miała granic. Mamy świadomość, że możemy się nim cieszyć dzięki modlitwie wielu osób. Matka Boża wysłuchała naszych próśb. Dziś wdzięczni Panu Bogu, chcemy dodawać otuchy i wlać nadzieje w serca wszystkich małżeństw, które pragną potomstwa. Dla Boga nie ma nic niemożliwego, trzeba tylko cierpliwości. Chcemy każdego ósmego dnia miesiąca ofiarować Mszę świętą za małżeństwa starające się o potomstwo. Msza będą odprawiana w naszym parafialnym kościele pw. Trójcy Świętej i Narodzenia NMP w Chodlu tak jak i za nas robili to przez kilka lat wspaniali ludzie.

Dziękujemy Ci Panie Boże za wszystko! Bądź uwielbiony w staraniach innych małżeństw i obdarz je łaskami potrzebnymi na ten czas oczekiwania. Bądź uwielbiony w każdym człowieku, którego postawiłeś i stawiasz na naszej drodze. Dziękujemy za tych, którzy o nas pamiętają na modlitwie i dziękujemy za przyjaciół ze wspólnoty „Światło” którzy są z nami bez względu na okoliczności, trwają, są wsparciem, są Twoimi cichymi aniołami i razem z nimi możemy Cię uwielbiać i Twoją najcudowniejszą Matkę.

#18 świadectwo

Mam na imię Krzysztof, chciałbym podzielić się z Wami swoim świadectwem. Słyszeliśmy tu już wiele świadectw, wiele z nich to świadectwa wiary, to świadectwa wewnętrznej przemiany, to świadectwa nawrócenia, zawierzenia Bogu. To świadectwo będzie trochę inne… Będzie opowieścią o cudzie, cudzie który wydarzył się tu w tym szczególnym miejscu, ale może od początku… Z moja żoną Anią znamy się wiele, wiele lat… W naszym wspólnym życiu wiele rzeczy odkładaliśmy na potem… No bo studia, praca, kariera sami wiecie jak to jest… Kiedy 6 lat temu pobraliśmy się od razu uznaliśmy, że to pora na dziecko. Tak sobie wymyśleliśmy, że teraz to już ten czas, nie jesteśmy już tacy młodzi to najlepiej teraz już, ale to tak nie działa… Minęło pół roku, rok, rok i kilka miesięcy a tu nic. Uznaliśmy, że już czas wybrać się do specjalistów. Nie będę opisywał naszej długiej drogi, wieloletniej przez różnych lekarzy, bo nie starczyłoby na to dnia. Poza tym mam pełną świadomość, że będzie to droga podobna do drogi wielu z Was. Jest to droga przepełniona często bólem, wyrzeczeniami, ogromem rozczarowań. Mimo diagnozy leczyliśmy się dalej, jednak zawsze mieliśmy pełną świadomość, że bez Pana Boga nic wydarzyć się nie może. Dlatego też prosiliśmy o modlitwę, chodziliśmy co niedzielę do kościoła, czekaliśmy na cud… Mijały lata, co święta, co jakieś uroczystości: urodziny, imieniny wszyscy do około życzyli nam tego tego jednego, tego dziecka które miało stać się sensem naszego życia. Minęło dokładnie 5 lat od naszego ślubu, ja już po 40, Ania jeszcze przed ale już niedaleko więc już mieliśmy świadomość, że mamy mało czasu, że może pora odpuścić, może trzeba sobie dać spokój. Tak naprawdę postanowiliśmy, że to będzie już ostatni rok naszej walki. I po prostu odpuścimy. Nasi bliscy przyjaciele, którzy zawsze nas wspierali kilka razy zapraszali nas na różne nabożeństwa ale odmawialiśmy. Wiecie Oni jak ja to nazywam to taki wyższy level wiary, należą do wspólnoty, mają ten dar zawierzenia, którego ja nie miałem, którego chciałem i szukałem ale go wciąż nie otrzymywałem. Poza tym wydawało mi się, że przecież proszę, modlę się chodzę do kościoła moja rodzina też bardzo prosi za nas… Jestem chyba dobrym człowiekiem? Staram się żyć z przykazaniami… Więc dlaczego? Dlaczego nie mogę mieć tego dziecka? Panie Boże! Znam tylu ludzi, którzy nie przywiązują wagi do wiary, nie chodzą do kościoła, nie modlą się a mają dzieci i nawet nie doceniają tego ogromnego daru jaki otrzymali. Gdzie jest ta sprawiedliwość Panie Boże? To jest nie fer! Jak to jest? Z takim żalem i zwątpieniem i taką rezygnacją trafiliśmy tu do Matemblewa. Powiem Wam szczerze, że nawet nie pamiętam jak to się stało, że przyjechaliśmy tutaj na te pierwsze spotkanie 8 dnia, bo to było pierwsze spotkanie. Pierwsza rzecz jaka nas uderzyła to był taki detal, drobiazg, przy wejściu czekał na nas ksiądz proboszcz, który w sposób absolutnie serdeczny przywitał nas i zaprosił do świątyni. To był też pierwszy element, taki drobiazg, który nam pokazał, że to miejsce jest jakieś inne, niezwykłe. Znacie księdza proboszcza, wiecie jak serdeczną jest osobą i to nas tak zaskoczyło, ludzi którzy tego nigdy nie doświadczyli w swoich parafiach. Matemblewo stało się dla nas takim niezwykle ważnym miejscem, za sprawą duszpasterzy i atmosfery jaka tu panuje. Co miesiąc byliśmy na nabożeństwie 8 dnia miesiąca, co niedziele chodziliśmy tu do kościoła, ale to trwało już tak długo, że mimo tych znaków i otwartości wciąż u mnie występowało takie rozgoryczenie, zwątpienie i zniechęcenie. Bo wiecie jak to jest… Już w pewnym momencie człowiek już nie ma siły. Dokładnie rok temu, dokładnie 8 grudnia nie chciało mi się naprawdę tutaj przychodzić. Byłem po pracy, zmęczony, stwierdziłem że pewnie nic to już nie zmieni. Moja żona Ania miała więcej zapału i gdyby nie ona, to pewnie bym się więcej już tu nie pojawił. I taki rozgoryczony pojawiłem się na tym naszym spotkaniu comiesięcznym. Jak co miesiąc włączałem się w tą modlitwę. Jak na każdym z tych nabożeństw pojawiło się słowo poznania, słowo którego do końca nie rozumieliśmy. I tam było wiele słów takich bardzo ogólnych, że para starająca się i tak dalej… Które mogłyby trafiać do każdego z nas. Ja z tym całym swoim nastawieniem jakoś mocno nie przywiązywałem do tego uwagi i w pewnym momencie usłyszałem zdanie: „małżeństwo Krzysztof albo Joanna albo Anna” no to od razu strzał! O…taki konkret. Nagle się przebudziłem. „Krzysztof ma ciemne włosy, ubrany jest w ciemną kurtkę, ma na sobie dzisiaj jeansy. Pan Jezus chce powiedzieć im dzisiaj, że dokładnie za rok o tej samej porze w rękach będą trzymać swoje dziecko”. No taka już konkretna obietnica. Myślę sobie ile może być takich Krzysztofów z Aniami tutaj… W mojej głowie pojawiło się zwątpienie.. eee.. to nie chodzi o nas, moje spodnie to przecież nie są jeansy… Gdy wróciłem do domu zdjąłem te portki a na metce zobaczyłem napis JEANS SPORT. Myślę sobie, no nie ma siły to jest taki konkret, że trudno się spierać. Powiem szczerze, że trochę się bałem, że gdyby się to słowo nie spełniło to co będzie z moją wiarą? I tak już jest ona taka dosyć słaba. 15 października na świat przyszedł Franciszek, dziś jest 8 grudzień a Słowo się wypełniło. Trzymamy w rękach nasze dziecko, dokładnie tak jak było powiedziane. Dokładnie rok po tym gdy Pan złożył nam obietnice. Słuchajcie oprócz zdrowego dziecka dostaliśmy coś więcej, dostaliśmy dar wiary, którego nam brakowało, mnie brakowało. Bo czy ja racjonalista, wątpiący do bólu, mógłby w jakiś sposób zakwestionować ten cud? Pewnie gdyby Ania w tym czasie tak po prostu w między czasie zaszła w ciąże i szczęśliwie ją donosiła, pewnie moglibyśmy pomyśleć pewnie się udało, leczyliśmy się tyle lat, stosowaliśmy różne terapie i się udało… Ale kiedy Pan mówi do Ciebie po imieniu, opisuje Twój wygląd, składa taką obietnice w czasie, deklaruje ją ustami kapłana, to się sprawdza… to nie ma tego jak podważyć… Dlaczego to się stało w ten sposób? Dlaczego taką drogą chciał działać Pan? Zadawałem sobie takie pytanie… I wydaje mi się, że po to żeby nie dać szans na wyparcie tego cudu – takim niedowiarkom jak ja. I dwa, by przez to świadectwo dać nadzieje tym wszystkim, którzy nie potrafią tak jak ja nie potrafiłem tak po prostu zaufać. Nasze świadectwo to jest dziś nasz obowiązek. I powiem Wam dziś jeszcze jedno, nie wiem jak to jest, jak to działa ale Matemblewo jest niezwykłe. Nie wiem dlaczego właśnie tutaj modlitwa działa tak skutecznie, ale tak po prostu jest i wiem, że trzeba z szczerym sercem , tak jak ja i z czystym bólem, ze zwątpieniem, czy żalem do Boga, z tym wszystkim przyjść… Dzisiaj ksiądz Andrzej mówił, że chodzi w tym wszystkim o zbliżenie do Boga i wygląda na to, że to miejsce jest jednym z najlepszych miejsc do tego, żeby się do Boga zbliżyć. Wierzę szczerze w to, że trzeba być tutaj, czekać na słowo, które przychodzi w bardzo różny sposób, do nas przyszło w taki niezwykły, konkretny, bo widocznie ja takiego potrzebowałem. Chwała Panu!

#17 świadectwo

Cztery lata staraliśmy się o dziecko. Lekarze mówili, że jesteśmy zdrowi, że potrzeba czasu. Wszędzie słyszeliśmy wyluzujcie, zrelaksujecie się, dajcie sobie czas. I wszędzie tylko ten czas i czas… Wtedy trafiliśmy na lekarza, który wiedział, że jednak nie czas jest problemem. Lekarz zdiagnozował niedrożność jajowodów. Powiedział, że nie ma możliwości by je udrożnić. Usłyszeliśmy, że mamy marne szanse na zajście w ciążę i że tak było od początku. Poczułam, że to już koniec… Wtedy przypomniało mi się, że słyszałam o pewnej modlitwie. Zaczęłam odmawiać Nowennę Pompejańską. Przez 54 dni odmawiałam cztery części Różańca, prosząc o dar potomstwa. Modlitwę skończyłam mówić w marcu. W czerwcu okazało się, że jestem w ciąży. Dlaczego o tym mówię publicznie? Przecież ciąża to na tyle delikatna sprawa, że mogłabym zachować to dla siebie. Mówię, bo na końcu modlitwy było jasno napisane, że jeśli moja prośba zostanie wysłuchana, to mam to wszystkim ogłosić. Kiedy to przeczytałam przysięgłam, że tak zrobię. Jak się później okazało, modlitwę skończyłam odmawiać 19 marca 2018, a mój Borysek urodził się 19 marca 2019. Widocznie kończąc modlitwę Bóg powiedział: za rok ujrzysz swoje dziecko! Tak sobie właśnie myślę… Nowenna Pompejańska towarzyszyła mi również przez całą ciążę. Każdego dnia prosiłam o zdrowie dla maleństwa. I tak też się stało… A teraz znów się modlę, bo gdy Borysek miał 8 miesięcy, okazało się, że znów jestem w ciąży. I ponownie błagam Najświętszą Panienkę o wstawiennictwo, by moje drugie dzieciątko również urodziło się zdrowe. Ten który wierzy, nie potrzebuje wyjaśnienia. Temu kto nie wierzy, wyjaśnić się nie da. Bo do pewnego momentu może pomóc leczenie, później już tylko Bóg. Daria

#16 świadectwo

Po walce z niepłodnością, poronieniu otrzymaliśmy dar potomstwa… Pierwsze dziecko poczęło się dość szybko – po 6 miesiącach starań. Wyproszone, oczekiwane. Pojawiło się po odmówieniu Nowenny Pompejańskiej. Na modlitwie pełnej łez, ostatniego dnia Nowenny w Sanktuarium Matki Bożej usłyszałam zapewnienie, że za miesiąc pojawi się dziecko i mam za nie dziękować. Tak się stało. Radość ogromna. Niestety szybko minęła. Po 9 tygodniach poroniłam. Trudno zrozumieć dlaczego tak się stało. Lekarze mówili, że to częste zjawisko przy pierwszym dziecku i nie potrzeba badań. Badałam się więc na własną rękę. Wszystko wskazywało na zaburzenia mojej płodności. Zwykli lekarze nie byli w stanie podjąć leczenia dlatego zapisałam się do naprotechnologa. Dalsze diagnozy wskazywały na kolejne nieprawidłowości, wdrożyliśmy leczenie. Dołączyliśmy też do wspólnoty rodziców po stracie dziecka przy kościele. W tym czasie w rodzinie ciąże, narodziny, chrzciny, huczne urodziny…
U nas zaś podejrzenie drugiego poronienia. Było mi niesamowicie ciężko. Szukaliśmy pomocy poprzez uczestnictwo w różnych nabożeństwach, odmawianie Nowenn… Byliśmy też na Mszy z modlitwą o uzdrowienie, a miesiąc później otrzymaliśmy indywidualne błogosławieństwo na Mszy dla małżeństw bezdzietnych w Wąwolnicy. Tam usłyszeliśmy obietnicę: za rok przyjedziemy dziękować. Chciałam w to wierzyć, ale były chwile, gdy całkowicie wątpiłam. Przez cały okres starań widziałam jak Bóg walczy o mnie, jak podtrzymuje mnie w wielu kryzysach. Nasz maluszek począł się z ogromnym prawdopodobieństwem w rocznicę poronienia, a narodził tak, że za rok mogliśmy pojechać przed figurę Matki Bożej dziękować. Cała ciąża, mimo wielu chorób i leczenia, przebiegła prawidłowo. Wiem, że to od Boga otrzymaliśmy naszego maluszka, a zwłaszcza dzięki wstawiennictwu Matki Bożej, dlatego nazwaliśmy córeczkę Maria – na Jej cześć i chwałę.

#15 świadectwo

Chciałabym podzielić się swoim świadectwem. Zacznę od początku… Zawsze marzyłam o dziecku i myślałam, że to nie będzie trudne bo przecież większość ludzi w moim otoczeniu posiada potomstwo i nie miało problemów z poczęciem. Dla mnie to było oczywiste, że szybko nam się uda i będziemy cieszyć się naszym własnym dzidziusiem. Niestety, nie było nam to dane. Po ślubie zaczęliśmy starać się
o dziecko… Mijały miesiące… Nic nie wskazywało na to, że cokolwiek się zmieni w naszym życiu. W końcu usłyszałam diagnozę – zespół policystycznych jajników, niedoczynność tarczycy, brak owulacji, nieprawidłowa macica itp. Lekarz jasno powiedział, że nigdy w tej sytuacji nie będę mogła mieć dzieci. To był dla mnie cios… Przepłakałam długi czas nie mogąc się pogodzić z tą diagnozą. Czułam się jak bezużyteczny wrak, który nie potrafi dać mężowi dziecka. Postanowiliśmy pójść do innych lekarzy ale diagnoza była taka sama. Dodatkowo mąż też miał problemy z płodnością. Za nami były długie starania i leczenie a dalej kolejne miesiące pokazywały negatywne testy ciążowe. Przy okazji dowiadywałam się o ciążach osób w otoczeniu a mi było tylko coraz ciężej. Nie mogłam się pogodzić z tym, że Pan Bóg nie chce nas obdarzyć tak pięknym darem jakim jest potomstwo. Nie wiedziałam wtedy, że Bóg ma swój plan dla nas w odpowiednim momencie życia a nie gdy my tylko tego chcemy. Gdy starania i leczenie nie dawały nic, poddaliśmy się. Zaczęliśmy się częściej modlić i chodzić do kościoła. Zawierzyłam nasze małżeństwo Bogu. W między czasie mieliśmy kryzys w małżeństwie i było naprawdę nieciekawie. Byliśmy o włos od rozstania. Jakiś czas po tym kryzysie który swoją drogą był też dla mnie sprawdzianem i lekcją, ujrzałam dwie kreski na teście ciążowym. Bóg ewidentnie chciał sprawdzić czy nasze małżeństwo stanie się silniejsze i wierzę, że ten czas był po to by nas umocnić w Nim. Dzięki tym wszystkim wydarzeniom nawróciliśmy się i umocniliśmy nasze małżeństwo. Nauczyliśmy się także pokory i cierpliwości. Pan Bóg nigdy nie opuszcza nas i wysłuchuje nasze prośby. Ma wspaniały plan dla każdego! Warto poczekać i zaufać Mu, aby zrealizował go w najodpowiedniejszy dla nas czasie. Bóg zapłać.

#14 świadectwo

Chciałabym się podzielić z Wami moim świadectwem. Jesteśmy z mężem młodym małżeństwem, chociaż mamy po 33 lata. Od razu po ślubie zapragnęliśmy mieć dziecko. W końcu kiedy się udało po wizycie u ginekologa okazało się ze na USG nic nie widać (miał być to 7 tydzień ciąży). Pani ginekolog poinformowała mnie, że to było bardzo wczesne poronienie albo ciąża jest jeszcze bardzo młoda. Zleciła mi badana, powiedziała, że wiele zależy od wyniku. Poziom hormonu oznaczającego ciążę w odpowiedni sposób wzrastał. Z nadzieją ponownie zgłosiłam się do pani doktor, która poinformowała że przy takim wyniku muszę być w ciąży. Niestety pęcherzyk ciążowy zagnieździł się w przydatku (to jest pomiędzy jajnikiem, a jajowodem ) Diagnoza ciąża pozamaciczna, skierowanie na „już” do szpitala z informacją, że nie ma szans, że będę mieć zabieg, że jest to zagrożenie mojego życia. W drodze do szpitala prosiłam Boga o cud. Poinformowała też najbliższych i prosiłam o modlitwę… I stał się cud!!! Ponownie trafiłam na USG (w odstępie około 2 godzin od poprzedniego) pęcherzyk ciążowy znalazł się w macicy!!! W tym momencie poczułam wielką łaskę. Następnego dnia zadzwoniła do mnie przyjaciółka, którą także prosiłam o modlitwę. Zapytała czy wiem że to był cud, powiedziała, że to Pan Bóg przeniósł mi dziecko do macicy. Odpowiedziałam jej, że wiem i mocno w to wierze. I w tym momencie poczułam ogromne ciepło w dole brzucha. Tak jakby ktoś położył mi gorącą rękę. Dla Pana Boga nie ma nic Niemożliwego!!!!

#13 świadectwo

Chciałabym podzielić się z Wami swoim świadectwem.  W lutym zaszłam w ciąża, bardzo się cieszyłam ale jednocześnie miałam jakieś swoje obawy, ponieważ na początku ciąża była zagrożona. Gdy minął 12 tydzień i ciąża rozwijała się już prawidłowo, postanowiłam odmówić Nowennę Pompejańską w intencją urodzenia zdrowego maleństwa.

Po 30 tygodniu ciąży zaczęłam mieć upławy, nic więcej się nie działo więc stwierdziłam, że to pewnie jakaś infekcja. Moja mama KAZAŁA mi pójść do lekarza. Lekarz stwierdził, że te upławy nie są niczym niepokojącym. Na USG jednak okazało się, że moja córeczka zatrzymała się w rozwoju. Natychmiast trafiłam do szpitala, ponieważ groziła mi zamartwica płodu. Rozwiązano ciążę, pomimo złych rokowań moja córcia urodziła się zdrowa (!) będąc wcześniakiem i ważąc zaledwie 1750 g. Szczerze wierzę, że to Matka Boża pokierowała mną i moją mamą abym w odpowiednim momencie udała się do lekarza, pomimo świetnego samopoczucia, gdyż do planowanej wizyty moja córcia najprawdopodobniej już by nie żyła. Polecam wszystkim modlitwę Nowenną Pompejańską. Warto, Matka Boża nas prowadzi.

#12 świadectwo

Kochani, chciałam się z Wami podzielić świadectwem łaski i cudu, który otrzymałam od Pana Boga za wstawiennictwem Matki Najświętszej. Jestem mamą dwójki chłopców. Od dłuższego czasu nosiłam w swoim sercu pragnienie posiadania kolejnego dziecka – mianowicie córki. Długo prosiłam Pana Boga, aby pobłogosławił nam dzieckiem. Od zawsze marzyła mi się duża rodzina. Chciałam mieć gromadkę biegających po domu dzieci. Kilka lat temu zmarł mój jedyny brat, to pragnienie posiadania dużej rodziny spotęgowało się. W między czasie Pan Bóg postawił na mojej drodze wspaniałego lekarza endokrynologa, który objął mnie fachową opieka i właściwie przygotował do ciąży. Pomimo wielu przeciwności, typu niedoczynność, choroba Hashimoto – pomalutku się to udawało.

W styczniu natrafiłam na transmisję adoracji z modlitwą o uzdrowienie dla małżeństw o to proszących. Podczas transmisji online, padły słowa poznania, że (…) jest kobieta, która od dłuższego czasu prosi o córkę. Pan Ci ją da (…). Coś mnie dotknęło, poczułam jak łzy płyną po moich policzkach. Wiedziałam, że Pan Bóg przemawia do mnie. Jakiś czas później, okazało się że jestem w ciąży. Strach i niedowierzanie, a jednocześnie ogromna radość i wdzięczność za ten cud. Ciąża przebiegała dość problematycznie… Podczas badan prenatalnych potwierdziło się, że noszę pod sercem córeczkę. Malutka urodziła się miesiąc przed terminem z wagą… UWAGA!!! 3930g szczęścia i miłości. Poród przebiegł dobrze, szybko i bez komplikacji. Czułam Bożą opiekę w tym czasie i są to dla mnie najwspanialsze chwile. Okrzyknęli ją mianem „big wcześniaka”. Była największym dzieckiem na oddziale nawet wśród dzieci urodzonych o czasie. Martynka urodziła się w Maryjne Święto – nie mogło być inaczej! Od samego poczęcia Mamusia się nami opiekowała i wstawiała.
Nie mogę wyrazić swojej wdzięczności i wzruszenia i nadal nie mogę w to uwierzyć iż u progu 2019 roku prosiłam o dziecko – o wymarzoną córeczkę – a u schyłku roku trzymam ja w ramionach, tulę… Łzy same płyną mi po policzku i dziękuję za nią Panu Bogu i Maryi.

Moje świadectwo to również apel do małżeństw starających się o dziecko, aby nigdy nie tracili wiary, by nigdy się nie poddali i walczyli do samego końca… Pan Bóg uzdrawia, czyni cuda. Trzeba tylko zaufać, jak dziecko ojcu i całkowicie się mu oddać.

#11 świadectwo

Mam na imię Marlena. Miałam tu przyjechać z moim mężem ale niestety musiał wyjechać, ale jestem tu dzisiaj z moim 4 miesięcznym synkiem Kubusiem. Kubuś jest wielkim darem od Pana Boga… Bardzo mocno wymodlonym… Kiedy braliśmy ślub z moim mężem, oczywiste było dla mnie, że będziemy mieć dzieci… Nigdy bym sobie nawet nie pomyślała, że nie będę mogła ich mieć, więc gdy pojawił się problem to dla mnie był naprawdę szok. Mijały miesiące, mijały lata – dziecka nie było. Oczywiście jeździliśmy po lekarzach, wydaliśmy majątek na wizyty, na leczenie… Dostałam diagnozę, że mam niedrożne oba jajowody i nigdy nie będę mogła mieć dzieci… Zaproponowano nam in vitro, ale oczywiście odmówiliśmy z moim mężem – wiedzieliśmy, że nie jest to wolą Pana Boga abyśmy w taki sposób starali się o dziecko. Postanowiliśmy, że Mu zaufamy… Pojawiał się oczywiście po ludzku smutek, żal. Kiedy byłam już w takim kryzysie pamiętam, że otworzyłam Pismo Święte i dostałam takie słowo: „będziesz miała syna” aczkolwiek nadal miałam wiele wątpliwości. Zaczęliśmy modlić się z moim mężem modlitwą różańcową – zawsze modlitwa różańcowa była mi bardzo bliska – Maryja nigdy mnie nie zostawiła. Ta modlitwa sprawiała, że zaczynaliśmy Bogu ufać, zostawiliśmy mu całe nasze życie i wszystko co się dzieje w naszym życiu. Czasem pojawiały się jakieś spięcia i kłótnie, zwłaszcza gdy nie modliliśmy się razem – do tej pory tak jest, że jak przestajemy się razem modlić zaczynają się jakieś spięcia. Jakiś czas temu pojechałam do sióstr Matki Bożej Miłosierdzia z Gdańska na rekolekcje dla kobiet. Pamiętam, jak ksiądz wystawił pudełko na ołtarzu podpisane „Jezu Ty się tym zajmij”. Mieliśmy napisać list do Pana Boga… Ja wylałam wszystkie swoje żale na kartkę. Wyrzuciłam Mu wszystko co mi leży na sercu i pozostawiłam na ołtarzu. Z rekolekcji wróciłam z wielkim pokojem… W miedzy czasie bardzo wiele osób się za nas modliło: znajomych, nasza wspólnota do której należymy, wspólnota modlitwy o potomstwo, siostry… Bardzo mocno tą modlitwę odczuwaliśmy. Wiedzieliśmy, że ten czas oczekiwania jest planem Pana Boga, że chciał przez to zmienić nasze małżeństwo, relacje, wlać pokój i zrozumieć że nie zawsze dostajemy wszystko to czego chcemy, ale czasami on ma inny plan na nas. Ten plan zawsze jest dobry. W wakacje pojechaliśmy do Medjugorie tam zostawiliśmy wszystko i też wróciliśmy z takim wielkim pokojem w sercu, wiedzieliśmy że wszystko będzie dobrze. Dokładnie rok temu byliśmy tu w Sanktuarium Matki Bożej Brzemiennej w Matemblewie na modlitwie o uzdrowienie, pamiętam że było wystawienie Najświętszego Sakramentu, ja już wiedziałam że będę w ciąży. Z takim wielkim uśmiechem patrzałam na Pana Jezusa. Zrobiliśmy kolejne badania drożności jajowodów i okazało się, że oba są drożne… Ciąża nie była łatwa, od początku była określona „ciąża wysokiego ryzyka”. Przez cały czas były zastrzyki, wysokie TSH, niski progesteron, trombofilia i wiele różnych chorób. Całą ciąże miałam wątpliwości czy wszystko będzie dobrze i czy Kubuś się urodzi zdrowy… Urodził się zdrowy! Dostał 10 punktów i jest super rozwijającym się dzieckiem. Z mężem należymy do wspólnoty. Taka ciekawostka… W naszej wspólnocie są na początku spotkań takie grupy dzielenia… Grupa męska i żeńska. Ja jestem w żeńskiej części gdzie jest 7 osób. Trzy osoby w tym ja, bardzo chciałby mieć dziecko i były w tym ogromne trudności. Wszystkie borykałyśmy się z niepłodnością, wiele lat. Modliłyśmy się także za siebie nawzajem. I pewnej jesieni w ciągu 2 miesięcy wszystkie przyszłyśmy z nowiną, że jesteśmy w ciąży. Wiec też błogosławiłyśmy Pana, że okazał taką sprawiedliwości i każdą obdarzył potomstwem. Była wielka radość w naszej wspólnocie. Żeby było śmieszniej każda z nas urodziła syna, więc tez się śmiałyśmy, że nie wyróżnił żadnej. Chciałabym Wam powiedzieć, żebyście nie tracili nadziei. Bóg jest naprawdę dobry! Czasem potrzeba czasu, ale wierzę że będzie Wam Błogosławił. Chwała Panu!

#10 świadectwo

Moje problemy zdrowotne zaczęły się, gdy osiągnęłam pełnoletniość – prezent z okazji 18-tych urodzin od życia brzmiał naprawdę groźnie- rak złośliwy tarczycy, a ja w myślach wybierałam kolor trumny usłyszawszy taką diagnozę… Bóg jednak miał względem mnie zupełnie inne plany, ale wiedział również, ze dobrze będzie mną potrząsnąć..🙂 po dwóch operacjach na pozbycie się markerów nowotworowych dostałam w gratisie radiojod, który – jak okazało się wiele lat później – zniszczył mi rezerwę jajnikową, a usłyszeć w wieku 28 lat słowo ‚menopauza’ i ‚raczej nigdy nie będzie pani mieć dzieci’, gdy człowiek marzy o założeniu rodziny- nie jest łatwo….
Również od czasu raka do czasu innych diagnoz łatwo nie było, a to za sprawą 10 lat szukania dobrego ginekologa, który by ogarnął układ hormonalny wraz z całym zapleczem endokrynologicznym… Po 10 latach bezowocnych poszukiwań Bóg postawił na mojej drodze wyjątkowego doktora – naprotechnologa Adama Kuźnika w Skoczowie. Zlecał ogromna ilość badan, wnikliwie analizował wyniki i karty obserwacji cyklu, wspaniałe dobierał leczenie, diagnozujących kolejne i kolejne problemy, które razem dadzą w przyszłości hucznie brzmiąca diagnozę: niepłodność pierwotna. Dr Kuźnik jednak prócz ogromnej wiedzy jaką zdobył w Stanach Zjednoczonych (wszyscy naprotechnolodzy tam tylko mogą się uczyć) nigdy nie powiedział: nigdy nie będzie pani mamą. Choć zawsze mówił, że będzie ciężko…
Po drodze wyszłam za mąż, ciąża nie przydarzyła się nigdy, a po 1,5 roku rozpoczęliśmy konkretne starania, które tez nie przynosiły owoców… Wtedy sięgnęłam po ostatnia deskę ratunku – ta, która nigdy mnie nie zawiodła- Modlitwę! Najpierw od października do moich ukochanych Świętych- Rity, patronki spraw beznadziejnych i niemożliwych, św. Dominika, św. Józefa, św. Jana Pawła II, św. Gerarda, św. Stanisława Papczyńskiego. To było moją Ostoją! Moja Ekipa, która prowadziła mnie aż do samego porodu, której dziś dziękuję…. gdy po kilku miesiącach modlitw nadal ciąży nie było – włączyłam kolejną broń – Nowennę Pompejańską, wiedziałam, że jest ‚nie do odparcia’!
Po Świętach Wielkanocnych okazało się, że jestem w upragnionej ciąży… Bałam się bardzo, każdego dnia polecałam to dzieciątko Bogu i moim Świętym… Po 25 tygodniach bajecznej ciąży, Palec Boży sprawił, że pojechałam na ‚przypadkową’ wizytę z usg, a potem na sygnale do szpitala – z maksymalnie skróconą do 1 cm otwierającą się szyjką i wpuklonym pęcherzem płodowym… Gdybym nie trafiła do szpitala, urodziłabym, bo objawów nie miałam żadnych, a dziecko nie miałoby szans na przeżycie…. W szpitalu zaczęły się za mnie modlić setki osób – rodzina, znajomi i nieznajomi, grupy modlitewne i inne… i wtedy zaczęły się dziać kolejne wielkie cuda- syn się nie urodził, pęcherz płodowy odpłynął, szyjka się wydłużyła, założono mi nawet pessar i wyszłam do domu, cały czas modląc się, by to wyjątkowe Dziecko urodziło się w terminie żywe i zdrowe… Tak tez się stało – największy Cud zdarzył się tuż przed Świętami Bożego Narodzenia- siłami natury w ekspresowym tempie przyszedł na świat zdrowy chłopak Filip Dominik! Chwała Panu! Chwała Matce Bożej z Pompejów! Wszystkim Świętym Orędownikom! A wszystkim ludziom ze wspaniałymi sercami, także z projektu Modlitwa o potomstwo jeszcze raz bardzo dziękuje za modlitwę!
Jola

#9 świadectwo

Po blisko 14 latach małżeństwa, po 40-tce, gdy po ludzku już wydawało się że nie ma szans, 2 kwietnia przyszła na ten świat nasza córeczka Grace Mary. Dla Boga nie ma rzeczy niemożliwych! Jesteśmy małżeństwem blisko 14 lat, staraliśmy się o dziecko długo, ale nic z tego nie wychodziło. Po wielu wielu latach zaczęłam godzić się z tym, że nie możemy mieć dzieci. Po 9 latach małżeństwa mieliśmy z mężem poważny kryzys, który okazał się punktem zwrotnym w naszym życiu. Pomimo trudności i cierpień, Bóg wyprowadził z tego kryzysu dobro. Bliska mi osoba powiedziała mi wtedy o Nowennie Pompejańskiej. Maryja wzięła mnie pod swoje skrzydła, nie zostawiła samej. Dzięki Różańcowi, dzięki Niej, nasze małżeństwo się odrodziło na nowo, umocniło się i dojrzało. A przede wszystkim Maryja zaprowadziła nas do Jezusa. Zbliżyliśmy się do Boga, najpierw ja a z czasem i mąż . Nasza relacja z Bogiem się odnowiła i pogłębiła, bo wcześniej to bywało różnie. Wtedy, po 10 latach małżeństwa, niespodziewanie wydarzył się cud. Dowiedzieliśmy się z mężem, że spodziewamy się dziecka. Byliśmy bardzo szczęśliwi, bo dzięki Bogu okazało się że jesteśmy płodni. Niestety, straciliśmy to dzieciątko w pierwszym trymestrze. Po ludzku było ciężko, ale dzięki Bogu mieliśmy siły by przejść przez wszystko. To co się stało dało nam mimo wszystko nadzieję, że możemy mieć dzieci, jeśli taka jest wola Boża. Zaczęłam modlić się o dziecko, wtedy zaczęłam też modlitwę w Róży o potomstwo.

Modliłam się również o dobrego lekarza ginekologa, by nas poprowadził.
Trafiłam do dobrego Bożego ginekologa, pani doktor porządnie się nami zajęła, przebadała i monitorowała moje cykle. Okazało się, że mamy problem natury genetycznej, nie da się nic zrobić, więc mogliśmy liczyć tylko na cud. Niebawem okazało się, że spodziewamy się drugiego dzieciątka. Ale i tym razem dziecko umarło w 9 tygodniu. Wtedy natrafiłam na fb na stronę „Kobieta jest boska” i poprosiłam o objęcie modlitwą również mnie i męża. Bliskie osoby i przyjaciele modlili się również w naszej intencji. Na początku 2018 roku straciliśmy trzecie dzieciątko, również w 9 tygodniu. Cierpienie związane ze stratą naszych dzieci ofiarowaliśmy zawsze Bogu w intencji za dusze w czyśćcu. Ufamy, że te cierpienie nie poszło na marne. Że Bóg chciał od nas tej ofiary, by zbawić dusze. A także, by przez cierpienie nauczyć nas pokory, ufności i oddania się Bożej woli. W międzyczasie zawierzyłam Maryi w Niepokalanowie nasze pragnienie potomstwa, byśmy umieli przyjąć wolę Bożą niezależnie jaka będzie. A moja dobra koleżanka zawierzyła nas Maryi na Jasnej Górze. W lipcu 2018 po raz czwarty dowiedzieliśmy się, że spodziewamy się dziecka. Byliśmy szczęśliwi, że Bóg kolejny raz nam pobłogosławił. I byliśmy wyjątkowo spokojni, mielibyśmy pokój w sercu, oddaliśmy wszystko Bogu. Niezależnie jaką drogę nam przygotował. Od początku również zawierzyliśmy dzieciątko pod opiekę Św. Rodziny. Poszłam na badanie, na potwierdzenie ciąży do mojej ginekolog. Okazało się, że był 6 tydzień i pierwszy raz w życiu usłyszałam bicie serduszka dziecka. To był cudowny moment.

Dzięki Bożej opiece oraz opiece Maryi i św Józefa, nasze dziecko rosło zdrowo i na każdej wizycie serduszko biło, a dzidziuś rósł prawidłowo.
Mamy za co wielbić i dziękować Bogu! Nie dość, że pobłogosławił nam dzieciątkiem, to ciąża przebiegła bez większych problemów. Kochani, modlitwa działa cuda! Czasem trzeba cierpliwości i ufności, trzeba poczekać dłużej na cud, ale nasze modlitwy zawsze są wysłuchane. Prędzej czy później. Nie możemy tracić wiary i nadziei, nie możemy się poddawać. Ufajmy Bogu, w Jego nieskończone miłosierdzie. I prośmy Maryję o wstawiennictwo i opiekę, Ona nas nigdy nie zawiedzie. Dziękuję z całego serca Siostrom oraz wszystkim, którzy się modlili za nas.

#8 świadectwo

Nasza droga do stania upragnionymi rodzicami była długa i bezowocna – trwała ponad 7 lat. Już po zawarciu małżeństwa marzyliśmy o potomstwie, niestety…
Chodziliśmy do lekarzy i wszyscy twierdzili to samo, że zostanie rodzicami droga natury dla nas jest niemożliwe. Długie leczenia hormonalne było nie tylko naprawdę trudnym ale i kosztownym przeżyciem dla naszego małżeństwa. Wszystkie starania były bezowocne… Z dnia na dzień i z roku na rok traciłam nadzieje zostanę mamą. Ciągle modliłam się do Boga prosząc o cud i miłosierdzie. Tylko modlitwa i inne świadectwa dawały silę, by nie stracić nadziei.

I stal się cud…
Zaszłam w ciąże z bliźniakami, co również było ryzykowne, lekarze ciągle obawiali się o poronienie, ale modlitwa była jedynym i najlepszym lekarstwem.
6 czerwca na świat przyszły dwa aniołki Kristian i Gabriela. Chwała Panu!

Dziękujemy wspólnocie Modlitwa o potomstwo, wszystkim świętym i orędownikom. Niech moje świadectwo będzie udowodnieniem tego, że z pomocą Boga to co niemożliwe staje się możliwe. Tuląc do siebie maluchy dziękuję Bogu najwyższemu za ten cud.

Współczuje każdemu małżeństwu, które stara się bezowocnie o potomstwo i nawołuje do modlitwy, bo tylko ona dodaje sil, leczy dusze i uzdrawia. Miłosierdzie Boże nie ma granic i nasze szczęście jest tego świadectwem.

#7 świadectwo

W czerwcu 2017 roku straciliśmy córkę Weronikę. Cały ból po stracie dziecka zamknął mi serce na Bożą Miłość. Leżąc na łóżku marzyłam, aby ktoś przeniósł mnie w inny czas. W włączonym nagraniu usłyszałam słowa z Pisma Świętego.: „Ufaj córko!! Pan Nieba obdarzy cię radością w miejsce twego smutku. Ufaj córko!!” . Zła na Niego i traktując te słowa niemal jak żart uczepiłam się ich jak ostatniego ratunku. I tak przetrwałam pogrzeb i czas żałoby aż do 20 listopada. Tego dnia dowiedziałam się, że znów jestem w ciąży… Zaczęłam się modlić o życie dla tego dziecka. Myślałam, że modlitwa będzie zaklęciem, które sprawi, że nie stracę tej kruszynki i że cała ciąża będzie idealna, książkowa, bezproblemowa. Bóg miał inny plan. Przygotowywał moje serce na zmiany – Boże zmiany. 28 listopada pojechałam na spotkanie wspólnotowe z totalnie nieznanym mi człowiekiem. Mówił nam On o sile modlitwy oraz o tym, czym jest Wspólnota.
Tego samego wieczoru trafiłam do szpitala z poważnym krwotokiem. Siedząc i czekając na lekarza wiedziałam już, że tracę moją kruszynkę. Nie miałam sił na modlitwę.. Trafiłam dość szybko na badanie ginekologiczne – lekarz nie dawał mi nadziei… Krwawienie było za mocne a skrzepów było za dużo. Nie robiąc wcześniej USG lekarz starał się przyspieszyć to co podświadomie uznaliśmy obydwoje za nieuniknione – poronienie. Dopiero na moją prośbę aby zakończył badanie ponieważ już nie mogłam wytrzymać bólu przy ucisku brzucha stwierdził, że zrobi USG i zatrzyma mnie w szpitalu. Nigdy nie zapomnę chwili kiedy ujrzał na monitorze moje dziecko, a po chwili pokazał także mi, że pęcherzyk ciążowy trwa w macicy nienaruszony, że poronienia nie ma. Skąd zatem to krwawienie? Lekarz kazał mi pozostać w szpitalu myśląc, że zaszkodził mi i mojemu dziecku i że może jednak dojść do poronienia. Jedynym wskaźnikiem, oprócz oczywiście braku krwawienia miał był wzrost hormonu HCG po kilku dniach. Dowiedziałam się, że jeśli będzie rósł to będzie znaczyło, że moja kruszyna żyje. Całym sercem tego pragnęłam, jednak rozum mówił inaczej. Przesłałam wiadomość do Kamili z prośbą o modlitwę, a ona przekazała ją dalej do wspólnoty. Nie wiedziałam że tego wieczoru ze znajomymi modlili się za te dziecko. Już tego wieczoru krwawienie ustało. 29 listopada moja wspólnota brała udział we Mszy Świętej z modlitwą o uzdrowienie a ja wsłuchiwałam się w nią poprzez telefon. Nie modliłam się. Po prostu trwałam w ciszy, nie liczyłam na cud. Pragnęłam tylko, aby jakoś przetrwać ten czas. Czas bez nadziei. Bez liczenia na cud.
On jednak się wydarzył!!! 30 listopada lekarz przyszedł rano z najpiękniejszą informacja: HCG rośnie! Pozostało zrobić USG. Pokazało ono zaczątek życia. Moje dziecko żyło! Nie myślcie sobie, że cała ciąża była piękna i radosna. Co jakiś czas pojawiało się plamienie, skurcze ale i także wiadomość, że mam toksoplazmozę, która powoduje poważne wady u płodu. Potem powróciła mi dysfunkcja błędnika, której w ciąży się nie leczy.. Dziś patrzę na te wydarzenia jako na plan Boga, który był w każdym tym wydarzeniu, w każdej chwili obawy o to dziecko i mówił wciąż Słowami: „Ufaj córko!!! Pan Nieba obdarzy cię radością….” A ja?? Wątpiłam, ufałam, wątpiłam, bałam się, potem byłam spokojna. Jak na sinusoidzie. Piszę wam to aby pokazać Boży cud ale także doświadczenie, w którym Pan kształtował moją duszę. Stwarzał ją na nowo.
Dziś piszę to świadectwo trzymając na rękach córeczkę – Oriane. Kiedy patrzę w jej oczy, to widzę spojrzenie Boga pełne miłości, ufności i pokoju, które nadal mówi : „Ufaj córko..” a ja nie mogę przestać Mu dziękować przez łzy. On jest Panem życia i obdarował nas nim w niesamowity sposób. Niech Bóg będzie uwielbiony!!!

#6 świadectwo

Rok temu zaszłam w ciąże. Byłam pełna paniki jak to będzie. Nie mieliśmy jeszcze własnego mieszkania, ja dopiero zaczynałam rozwijać się zawodowo… Niestety w sierpniu ciąże poroniłam. To był dla mnie cios… Załamałam się kompletnie, nie potrafiłam przestać płakać, unikałam całkowicie tego tematu, bo fizycznie i psychicznie nie dawałam sobie rady, do tego doszedł. Widziałam zaangażowanie męża, który chciał mi pomóc, ale sama nie wiedziałam jak.. On też nie wiedział jak może mi pomóc – sam też cierpiał. W końcu przestaliśmy o tym rozmawiać, unikaliśmy tego tematu, a ból się pogłębiał. Jedynym ratunkiem była relacja z Nim. Relacja wtedy tak trudna, że jedyne co słyszałam to cisza, dlaczego tak się stało? Co to miało zmienić w nas? We mnie? Nie potrafiłam wtedy nawet rozmawiać o tym z Bogiem. Czułam niezrozumienie, tym bardziej, że w konfesjonale zapewniano mnie, że już jestem matką. Mimo wszystko chciałam trwać przy Nim, bo wiedziałam, że tylko On może mi pomóc. Lekarz stwierdził też, że dobrze by było poczekać z poczęciem 3 miesiące. Wtedy też po rozmowie z mężem, z Panem Bogiem stwierdziliśmy, że to On będzie decydował kiedy mamy stać się rodzicami i nie ważne w jakim będziemy miejscu w życiu, jeśli On tego będzie chciał to to przyjmiemy. Długo nie musieliśmy czekać, bo już we wrześniu zaszłam w drugą ciążę. Byłam tak szczęśliwa, że wiedziałam że tym razem musi się udać. W dodatku we wrześniu odebraliśmy klucze do naszego mieszkania.

Wszystko zaczęło się układać. Już wtedy od samego początku w głowie miałam tylko jedno imię Szymon. Nawet nie byłam w stanie sprawdzać innych imion, bo w głowie miałam słowa: „to i tak będzie Szymon, nawet nie szukaj innych imion”. No i stało się, usg pokazało, że będzie synek. Wtedy też, jadąc na każda wizytę i usg prosiłam nasze pierwsze dzieciątko o wstawiennictwo, za swojego brata, by wszystko było dobrze. Któregoś razu podczas sprzątania pomyślałam sobie co w ogóle oznacza to imię, Szymon oznacza „Bóg wysłuchał”. Wtedy też przypomniałam sobie jak dziewczyny z Modlitwa o potomstwo zapewniły nas o ciągłej modlitwie za nas. To się nazywa siła modlitwy! 7.06.2019 przyszedł na świat nasz synek, Szymon Jan. Wymodlony nasz mały cud. Piszę to świadectwo, nie tylko dodając siły i wsparcia parom, które starają się o potomstwo, ale również po to by ufały, że Pan Bóg ma nas wszystkich w swojej opiece nawet jeśli myślimy, że jesteśmy sami. Mimo też strachu przed porodem, bólem, cierpieniem stwierdziłam, że On nie może mnie zostawić w takim dniu, że wiem na milion procent, że będzie ze mną i ten cały strach, lęk który funduje nam zły, zwyciężę będąc z Nim. Okazało się, że urodziłam bez znieczulenia (które było przewidziane) w niecałe 5h zdrowego synka. Nie ma rzeczy, które nie jesteśmy w stanie przejść, jeśli mamy obok siebie Boga. Dziś, patrząc na mojego synka widzę nie tylko dziecko. Widzę żywy cud, który pokazuje ile w stanie jesteśmy zrobić dla drugiego człowieka. To niesamowite, że człowiek jest w stanie poprosić o dar otrzymania drugiego człowieka dla kogoś. Otaczamy wsparciem i modlitwa wszystkie pary starając się o potomstwo. Módlmy się za siebie nawzajem i wierzmy, że wszystko co Bóg dla nas zsyła jest nie bez przyczyny, wszystko nas czegoś uczy. Niech uczy nas przede wszystkim miłości do siebie nawzajem.

#5 świadectwo

Z żoną jesteśmy razem już prawie 14 lat z czego ponad 6 w małżeństwie. O problemach zdrowotnych, które mogą prowadzić do niepłodności wiedzieliśmy jeszcze przed ślubem. Moja żona miała zdiagnozowany zespół policystycznych jajników, który wiąże się z zaburzeniami owulacji, ja zmagałem się z żylakami powrózka nasiennego. Nasze starania o poczęcie zaczęliśmy ponad 3 lata temu, mając świadomość, że nie będzie łatwo. Obserwacja cykli mówiła nam, że do tamtego momentu ponad półtora roku poprzedzających starania były bezowulacyjne. Ginekolożka, która leczyła żonę zaproponowała nam, żebyśmy spróbowali wywołać owulację farmakologicznie. W pierwszym wspomaganym cyklu pojawiła się owulacja, w drugim dała początek nowemu życiu. Nie mogliśmy uwierzyć w nasze szczęście. Niestety, na wizycie okazało się, że zarodek rozwija się za wolno. Mimo to, wiedząc o nieregularności cykli, oddaliśmy nasze niepokoje Bogu i oczekiwaliśmy kolejnej wizyty. Do wizyty nie doczekaliśmy… Żona w 7 tygodniu ciąży zaczęła plamić. Pełni obaw, ale nadal nadziei, pojechaliśmy do szpitala. Tam lekarz po badaniu oznajmił, że nie uwidacznia echa serca i ciąża jest obumarła. Lekarz polecił zgłosić się do ginekolog prowadzącej ciążę. Od wizyty w szpitalu do wizyty u lekarki upłynęło kilka dni. Były to najgorsze dni w naszym życiu. Pełne rozpaczy, ale też wielkiej nadziei. Zawierzyliśmy nasze życie Bogu i Matce Najświętszej. Nie pamiętam, żebyśmy kiedykolwiek wcześniej tak żarliwie się modlili. Modliliśmy się o cud i o to, żeby to wszystko okazało się pomyłką. Tak się jednak nie stało… To były najgorsza dni w naszym życiu. Nie dzieliliśmy się nowiną o stracie z najbliższymi, było nam ciężko o tym z kimkolwiek rozmawiać, ale mieliśmy siebie i to było najważniejsze… Dopiero w Święta podzieliliśmy się naszym smutkiem z najbliższą rodziną. Mimo wszystko cały czas ufaliśmy, że z całej tej sytuacji wypłynie dobro. Do naszych modlitw o poczęcie i urodzenie dziecka dołączyły modlitwy naszych rodziców i rodzeństwa.

Żona nie była zadowolona z wcześniejszego leczenia oraz braku, w naszym mniemaniu, odpowiedniej diagnostyki, dlatego kontynuując przyjmowanie leków zaczęła się rozglądać za innym lekarzem i tak trafiliśmy do ginekologa, który współpracuje z naprotechnologiami. Po pierwszej wizycie kontrolnej zostaliśmy namówieni do spotkania z instruktorem metody Creightona i do umówienia wizyty u lekarki, która zajmuje się leczeniem niepłodności. Kilka tygodni później okazało się, że żona jest w kolejnej ciąży. Wizytę przełożono na wcześniejszy termin, żeby jak najszybciej włączyć leczenie podtrzymujące ciążę. Po wizycie żona miała zrobić jeszcze kolejne kontrole poziomu hormonu beta HCG, który na wczesnym etapie, potwierdza prawidłowy rozwój ciąży. Niestety tym razem też nie dano nam cieszyć się zbyt długo ciążą. Poziom hormonu nie rósł prawidłowo, a kontrolne USG nie pokazało, oprócz pęcherzyka, nic więcej i orzeczono tak zwane puste jajo płodowe. Między kolejnymi badaniami i wizytami modliliśmy się o cud, kiedy jednak diagnoza została postawiona, zaczęliśmy prosić znowu o „jak najlepsze rozwiązanie tej sytuacji”. Tym razem też udało nam się obyć bez tak zwanego łyżeczkowania.

Mimo kolejnego zawodu, nadal była w nas nadzieja. Troska jaką otoczyli nas lekarze dała nam pewność, że teraz już na pewno jesteśmy w dobrych rękach. Starania o poczęcie po konsultacji odłożyliśmy do czasu, kiedy zostaną wykonane zlecone badania. W świetle tych wyników, leczenie zostało zmienione, a my dostaliśmy zielone światło. W międzyczasie po jednej z Eucharystii połączonej z modlitwą uwielbienia modlono się nad nami w modlitwie wstawienniczej. Kolejne osoby dołączyły do grona modlących się za nas. To dodało nam wiary, że nasze prośby zostaną wysłuchane.

W trzecią ciążę żona zaszła w styczniu zeszłego roku. Myśleliśmy, że tym razem się uda nam ją utrzymać. Gdy tylko dowiedzieliśmy się o niej poprosiliśmy księdza o odprawienie Mszy w naszej intencji. Niestety, tak jak w poprzednim przypadku, tak też tą ciążą nie mogliśmy się długo cieszyć. Kolejny raz okazało się, że mimo wszelkich starań, ciąża nie rozwija się prawidłowo.W tym wszystkim najgorsze było chyba to, że nadal nie znaliśmy bezpośredniej przyczyny poronień. Żadne badanie nie przybliżyło nas do postawienia diagnozy, dlaczego tak się dzieje, a leczenie włączone na podtrzymanie ciąży było bardziej na zasadzie „na pewno nie zaszkodzi, a może pomóc”. Po ludzku zatrzymaliśmy się w punkcie, w którym nie można było już nic więcej zrobić.

W lipcu, żona natknęła się na facebook’u na profil modlitwa o potomstwo i postanowiliśmy poprosić o objęcie nas modlitwą. I tym sposobem kolejne osoby dołączyły do już sporego grona osób wspierających nas modlitwą.

Mimo wielu smutków, które nas spotkały zawsze ufaliśmy Bogu. To oczywiście nie znaczy, że nie przychodziły chwile zwątpienia w to, czy dane nam będzie biologiczne rodzicielstwo. Długo zastanawialiśmy się nad tym, czy w ten sposób Bóg nie daje nam znaku, żebyśmy odpuścili i pomyśleli o adopcji.
Ostatnia ciąża zdarzyła nam się żartobliwie mówiąc „przypadkiem”. To był czas, kiedy mieliśmy włączone kolejne leczenie, które „może pomoże” i mieliśmy odłożyć poczęcie do jego zakończenia oraz wizyty i badań kontrolnych po nim. Wizyta po leczeniu była już wizytą ciążową. Napisałem do wspólnoty z prośbą o jeszcze gorętszą modlitwę i dostałem zapewnienie, że będą wspierać nas modlitwą.

Tym razem Bóg wysłuchał nas i wszystkie życzliwe osoby, które nas wspierały, choćby westchnięciem. Bóg zatroszczył się o nas. Trafialiśmy na samych troskliwych lekarzy, którzy wspaniale się nami opiekowali z ogromną dbałością. Dzięki temu ciąża nareszcie rozwijała się prawidłowo. Wprawdzie nie należała do łatwych, a żona przyjmowała, jak to określali lekarze „wiadro leków”, ale wszystkie wyniki badań, a przez wcześniejszą naszą historię, było ich naprawdę dużo, wychodziły albo w normie albo z niewielkimi odchyleniami, które szybko były korygowane przez odpowiednie dawki lekarstw.
Tym sposobem w czerwcu powitaliśmy na świecie naszą wytęsknioną córeczkę, a oczekiwanie, mimo, że długie i trudne, a także miłość, którą otrzymaliśmy w tym czasie od wszystkich, którzy nas otaczali zbliżyły nas do Boga i do siebie nawzajem.

#4 świadectwo Ani i Rafała

Na pierwszej adoracji w Matemblewie w zeszłym roku, padły słowa poznania, że za rok o tej porze zostaniemy rodzicami… dokładnie tej Bożej obietnicy nie pamiętamy ale oboje z mężem spojrzeliśmy wtedy na siebie w jednym momencie i jakoś bardzo mocno poczuliśmy, że są to słowa skierowane do nas. Serca nam biły jak szalone.W moich oczach ogromne przerażenie i strach, a z drugiej strony wiedziałam, że to nie możliwe. Dlaczego? No właśnie po pierwsze ja słowa poznania, że będę mamą skierowane prosto do mnie usłyszałam dwa lata wcześniej i do tej pory nic się nie zadziało a z drugiej strony moje zdrowie i zalecenia lekarzy nie pozwalały na to. Przeszłam cztery poważne operacje i dwa zabiegi. Kiedy usłyszałam te słowa pobiegłam do lekarza aby upewnić się czy aby na pewno nie!!!! I wtedy kolejny raz usłyszałam, że nie ma takiej możliwości z resztą z takimi wynikami i z tak zaawansowaną chorobą hashimoto nie ma szans na zajście w ciążę. Wtedy nawet trochę się ucieszyłam, bo z jednej strony bardzo pragnęłam dziecka a z drugiej strony bardzo się bałam.

Kiedy zaszłam w poprzednia ciążę o którą staraliśmy się 10 lat nasze małżeństwo bardzo mocno się posypało. Więcej czasu rozmawialiśmy o rozwodzie niż o naszym dziecku, na które czekamy. Ciąża była bardzo trudna, leżenie w szpitalu i do tego ogromna samotność. Kompletnie tego nie rozumiałam, a w moim sercu radość zastąpiła złość na Pana Boga. Ciągle pojawiające się pytanie dlaczego? Dlaczego Panie Jezu obdarowujesz mnie dzieckiem a zabierasz męża? Nie rezygnowałam z modlitwy choć to był czas kiedy było bardzo trudno się modlić.Trwało to wszystko parę lat. Moja modlitwa a raczej ciągłe pretensje i zadawanie pytań przeradzały się w coraz to bliższe relacje z Panem Bogiem. Tak bardzo wtedy zbliżyłam się do Niego, z każdym dniem Pan Bóg stawał się coraz mi bliższy, stawał się moim najlepszym przyjacielem, ja czułam się coraz bardziej kochana i rozumiana, moje słowa żalu i złości przemieniały się w słowa kocham Cię. Ta bliskość z Panem Bogiem zbliżała mnie do mojego męża. Jego ogromna miłość i bliskość leczyła nasze małżeńskie relacje. Zrozumienie siebie, budowanie zaufania a przede wszystkim wybaczanie sobie sprawiły, że miłość w naszym małżeństwie pojawiła się ze zdwojoną siłą. Wszystko się ułożyło, oboje bardzo zbliżyliśmy się do Pana Boga, choć dziś już wiem, że to Pan Bóg zaprosił nas do tej bliskiej relacji, przyjaźni bo bardzo nas kocha. I kiedy po raz pierwszy usłyszałam słowa, że zostanę mamą bardzo się ucieszyłam i jeszcze bardziej przestraszyłam. Bałam się, że kiedy pojawi się dziecko małżeństwo znowu się sypnie. Ale miesiące mijały, rok drugi i dziecka niema. Często nawet wątpiłam w te słowa, myślałam że ksiądz się pomylił, że może coś jest nie tak. Po jakimś czasie zostaliśmy zaproszeni tu do Matemblewa do wspólnej modlitwy za pary starając się o potomstwo. Wtedy pomyślałam my …..i już na pierwszym spotkaniu te słowa, że za rok…..patrząc wtedy na Pana Jezusa oddałam Mu każdy mój niepokój serca, każdy lek i strach, to był moment kiedy przebaczyłam mężowi z tak miłością jaka otrzymuje od Pana Boga. W moim sercu jakby pojawiła się zgoda, na to co Pan Bóg chce nam dać. Po kilku miesiącach okazało się, że jestem w ciąży i dokładnie rok później 2 września urodziła nam się córeczka Helenka. Pan Bóg daje nam słowo, a ono nie wypełnia się, czekamy miesiąc rok a nawet i dłużnej, często zaczynamy wątpić a nawet rezygnujemy z modlitwy ze spotkania z Jezusem, bo nie ma sensu, bo nic się nie dzieje, że te słowa chyba jednak nie do nas. Nic bardziej mylnego.

Dziś już wiem, że Pan Bóg zawsze wypełnia swoje słowa. Ale to my często nie jesteśmy gotowi aby je przyjąć. Dlatego też wraz ze słowem, które nam daje, daje nam czas. Czas, w który pozwala nam dojrzeć do tego słowa. Oczyścić i przygotować serce na przyjęcie tego co Pan Bóg chce nam dać. Ten czas, który otrzymujemy pozwala nam poprzez Jego słowo zbliżyć się do Niego, do drugiego człowieka, uczy nas dialogu miłości bo Bóg jest miłością. Dziś wiem, że wtedy dwa czy trzy lata temu nie byłam gotowa aby przyjąć słowo, które Pan Bóg dla nas przygotował, dziś rozumiem dlaczego tak długo musiałam czekać. Pan Bóg tak bardzo nas kocha, zawsze wypełnia swoje słowa, wystarczy Mu zaufać. Bliskość i przyjaźń z Panem Bogiem czyni cuda. Powiedz Mu tylko tak.
Chwała Panu. Ania i Rafał

#3 świadectwo Anny i Mariusza

Jesteśmy małżeństwem od 14 lat a od około 8 lat staraliśmy się o potomstwo. Nie była to dla nas łatwa droga, ponieważ za każdym razem kiedy zachodziłam w ciążę kończyło się to stratą, poronieniem. Wtedy zwiedziliśmy wiele gabinetów ale żaden lekarz nie potrafił nam pomóc. Każdy tylko rozkładał ręce i zlecał kolejne badania. Byliśmy na Mszy z modlitwą o uzdrowienie i to był ten moment kiedy powiedzieliśmy dość! Dość tych doświadczeń, jeśli Bóg nam nie pomoże to nikt nie jest w stanie nam pomóc. Później pojechaliśmy na kurs nowe życie, gdzie oddaliśmy swoje życie Jezusowi, uznaliśmy Go Królem i Panem naszego życia. Tą konkretną sprawę jaką jest rodzicielstwo oddaliśmy Bogu. Modliłam się przez 2 lata 8 grudnia w Godzinie Łaski, prosząc o dar potomstwa. Gdy pojechałam 3 raz tego dnia na modlitwę nie byłam świadoma, że pod moim sercem rozwija się już Jaś. Długo nie trzeba było czekać na owoce modlitwy ponieważ w grudniu dzień przed wigilią dowiedzieliśmy się, że po raz kolejny zostaniemy rodzicami. Bardzo cieszyliśmy się z tego powodu aczkolwiek nie potrafiłam pokazywać tego szczęścia, ponieważ cały czas chodziły mi myśli po głowie: czy to się uda? Czy dziecko się urodzi? Czy nie będziemy kolejny raz cierpieć z tego powodu? W lutym na Mszy z modlitwą o uzdrowienie było takie proroctwo: „Pan przychodzi do rodziców, którzy niedawno poczęli dziecko, On przychodzi do Was z pokojem. Tamte poczęcia były tracone, ale to poczęcie mam moc utrzymać”. Uchwyciłam się tego proroctwa jak ta kobieta cierpiąca na krwotok, która całe swoje mienie wydała na lekarzy i nic jej nie pomogło i dopiero kiedy uchwyciła się płaszcza Jezusowego została uzdrowiona. Nie wiedziałem wcześniej dlaczego spotykałam się w Piśmie Świętym ciągle z tym czytaniem, ale teraz już wiem. Bóg miał dla nas swój plan, swój najlepszy, wspaniały plan. Kiedy w lipcu trafiliśmy do szpitala czułam się wyjątkowo, ponieważ cały czas czułam obecność Jezusa… W personelu, w lekarzach i zwłaszcza przy porodzie. Cały czas Jezus był przy mnie. Jasiu się urodził jako nasze pierwsze a zarazem piąte dziecko. Ania

Bóg jest wielki, Bóg ma potężną moc. Bóg jest zawsze z nami. On potrafi wszystko zmieniać. I tak przemienił właśnie nasze życie, poprzez to, że dał nam naszego upragnionego syna – Jasia. Kiedy byliśmy w szpitalu kiedy był ten moment porodu czekając na korytarzu na jego narodziny miałem w sobie wewnętrzny pokój, bo Bóg zapewnił nas, że On jest cały czas przy nas.. Nawet się za bardzo nie modliłem bo wiedziałem, że On tam jest i ma to w swojej opiece. Kiedy Jasiu się urodził dostałem go na 2 minuty do rąk. Dowiedziałem się, że ma problemy z oddychaniem i musi trafić do innego szpitala. Nie kłóciłem się z Panem Bogiem dlaczego tak jest, bo wiedziałem że Pan Bóg tak jak powiedział: „ zapewniam Was, że Ja zawsze z Wami jestem. Nie bójcie się”. Jadąc do szpitala do naszego synka, prosiłem tylko Pana Boga abym nie ujrzał takiego obrazu podpiętego Jasia pod jakąś aparaturę – i Bóg to uczynił. Kiedy trafiłem na salę, Jasiu leżał samodzielnie oddychając, to była dla mnie takie Boże zapewnienie. Za to Tobie Chwała Boże! Mariusz

#2 świadectwo Lucyny i Tomka

Kochani! Chciałam się z Wami podzielić kawałkiem swojego życia…Pewnego dnia dowiedziałam się, że jestem chora, że mam raka. Polscy lekarze załamywali ręce mówiąc: „nie mamy pomysłu na Pani leczenie, został Pani rok życia…” Szukałam pomocy poza granicami Polski.. Znalazła się klinika za granicą, która mi mogła pomóc i tak też się stało. Teraz jestem zdrowa, nie ma nawrotów choroby, badania i wyniki są książkowe i nikt by w życiu nie powiedział, że chorowałam.. Wydawałoby się, że już będzie dobrze… Bardzo dobrze pamiętam rozmowę z TOMKIEM (z moim Mężem) jeszcze przed naszym ślubem na temat tego: ile chcemy mieć dzieci… Odpowiedź nasza była taka sama TROJE. I absolutnie w tamtym czasie nie myśleliśmy, że ten plan będzie dla nas aż tak trudny do zrealizowania. Wyszłam za mąż… jak to każda kobieta: piękna suknia, ślub, wesele, podróż poślubna, życie takie błogie i radosne i nagle okazuje się że, jestem w stanie błogosławionym. Dla nas to była przeogromna radość, szczególnie po takiej chorobie jaką ja przeszłam. W 13 tygodniu ciąży okazało się, że dziecko zmarło, serce przestało bić i trzeba to dziecko usunąć. Trzeba… bo nic się nie da zrobić.

Nie ma słów, które by opisały co kobieta czuje w takim momencie i nikt nigdy tego nie zrozumie jeśli sam tego nie doświadczy. Dla mnie i dla mojego męża był to ogromny ból, ogromny żal do Pana Boga… Ale w tym wszystkim Pan Bóg dał nam taką siłę bycia przy Nim. Ciężko mi powiedzieć czy w tym czasie modliliśmy się z moim mężem, bo to chyba nie była modlitwa ale po prostu w milczeniu trwaliśmy przy Panu Bogu aby dodawał nam sił. Wiedzieliśmy, że Pan Bóg nie chciał śmierci tego dziecka i że On na pewno coś z tym zrobi. Po jakimś czasie okazało się, że znowu jestem w ciąży i ten sam scenariusz. Czy z każdą kolejną stratą dziecka było łatwiej? Absolutnie nie. Każde dziecko pokochaliśmy od pierwszego dnia kiedy dowiedzieliśmy się o Jego istnieniu. Żyłam w nadziei do końca, że po badaniu USG przed podaniem tabletki usłyszę, że dziecko żyje.

Po stracie drugiego dziecka usłyszałam, że mamy dać sobie spokój bo nie ma szans abym doniosła żywe dziecko a jeżeli doniosę to jest duże prawdopodobieństwo, że będzie chore. Krzyczałam na Pana Boga, wiem że on wysłuchał mojego krzyku, jako kobiety, jako matki.. Z drugiej strony wiedziałam że te dzieci są przy mnie, przy moim mężu… Czuwają, mają imiona bo to są nasze dzieci my jesteśmy ich rodzicami.

Maciek urodził się jako nasze czwarte dziecko a Kinga jako szóste.

Do końca życia zapamiętam ten dzień, gdy byłam w ciąży z Kingą.. Od rana bardzo się bałam wizyty u lekarza i prosiłam Dobrego Boga o pokój serca. Lekarz bardzo skrupulatnie mnie badał, była ogromna cisza… I usłyszałam „Pani Lucyno niestety serduszko dziecka nie bije”… Kazał mi się ubrać i ze skierowaniem do szpitala miałam jechać na usunięcie martwego dziecka, które było pod moim serce. W gabinecie była ogromna cisza. Lekarz wypisywał skierowanie a ja w sercu bardzo się modliłam słowami Jezu Ufam Tobie… Aż nagle lekarz wstał i powiedział, że jeszcze raz mnie zbada. Rozpoczęło się badanie na nowo w ogromnym skupieniu i ciszy. Nagle usłyszałam: ku….. jest serce, bije!!!!!!!!!

Popłakałam się jak małe dziecko a lekarz spojrzał na mnie i nie mógł uwierzyć w to co się wydarzyło… Dzisiaj ten CUD ma prawie 2 lata i każdego dnia dziękujemy Miłosiernemu Bogu za Kingę. Dla Boga nie ma nic niemożliwego! Ufać do końca – jakże bardzo to ważne. Maciek i Kinga są zdrowymi dziećmi, pełnymi radości i chęci życia. Nasze serca płakały bardzo po stracie, ale nigdy nie straciliśmy z Mężem Nadziei. Nie zawsze potrafiliśmy rozmawiać z Bogiem ale zawsze staraliśmy się czuwać przed Nim razem – nawet w milczeniu i żałobie. Kochani w oczach Boga wszystko jest możliwe 

#1 świadectwo

Pragnę się podzielić swoją radością z upragnionego synka i podziękować za modlitwę. Właśnie tulę do snu pięknego dużego chłopca, którego sama nakarmiłam własnym mlekiem. Wszystkie te rzeczy są zdziwieniem dla lekarzy a oszałamiającym szczęściem i darem dla mnie.

Pod koniec wywiadu przy przyjmowaniu do szpitala na oddział położniczy usłyszałam pytanie od zdziwionych położnych: jak pani zaszła w ciążę? To mi uświadomiło, że przebyłam długą drogę i podjęłam walkę, którą nie każdy podejmuje. Chorowałam na niedoczynność tarczycy, zespół policystycznych jajników, insulinooporność i endometriozę. Zanim trafiłam do NaPro Centrum byłam źle zdiagnozowana i w wyniku terapii środkami antykoncepcyjnymi miałam też depresję, która jak wiadomo nie pomaga w założeniu rodziny… No i otyłość to na nią lekarze zawsze zwracali uwagę jako główna przeszkodę i moją winę. To zawsze był pierwszy argument dlaczego leczenie nie przynosi skutków i zarzut u każdego lekarza u którego byłam. Każda z moich chorób dyskwalifikowała mnie do naturalnego poczęcia według większości lekarzy, którzy uważali, że w moim przypadku skuteczne będzie tylko invitro. Piszę to świadectwo dla wszystkich par, które latami zmagają się z niepłodnością, lekceważeniem ich godności przez lekarzy, samotnością, poczuciem winy, złością i ogromnym nieopisanym bólem i tęsknotą. Po latach diagnozowania usłyszałam mając dwadzieścia siedem lat, że raczej nie będę mieć dzieci. Potem już dostałam na wypisie ze szpitala oficjalnie plakietkę: niepłodność. Zastanawiałam się po co kupiliśmy takie duże mieszkanie, skoro nie będzie naszej gromady wyśnionej, teraz trzeba wykończyć i spłacać kredyt. Po co braliśmy ślub? Gdzie, jak znaleźć nowe cele i marzenia w życiu? To były strasznie trudne lata dla naszego małżeństwa a szczególnie dla mojego poczucia własnej wartości. Jestem tym bardziej wdzięczna wszystkim, którzy nie wstydzili się mówić o swoich trudnościach, o walce, osobom, grupom które się za nas modliły, pielgrzymom niosącym moje intencje. Bez Was nie otworzyła bym się na miłość i łaskę. Stałam się lepszą kobietą, żoną zanim zostałam matką. Taka kolej rzeczy ma sens..

Gdy się zaufa, kieruje wiarą, nadzieją i miłością i otacza ludźmi – w tym lekarzami np. jak my z NaPro Centrum, którzy kierują się tym samym, to dzieją się wspaniałe rzeczy. Niech również Was wypełni wdzięczność i uwielbienie.