Modlitwa o potomstwo

#16 świadectwo

Po walce z niepłodnością, poronieniu otrzymaliśmy dar potomstwa… Pierwsze dziecko poczęło się dość szybko – po 6 miesiącach starań. Wyproszone, oczekiwane. Pojawiło się po odmówieniu Nowenny Pompejańskiej. Na modlitwie pełnej łez, ostatniego dnia Nowenny w Sanktuarium Matki Bożej usłyszałam zapewnienie, że za miesiąc pojawi się dziecko i mam za nie dziękować. Tak się stało. Radość ogromna. Niestety szybko minęła. Po 9 tygodniach poroniłam. Trudno zrozumieć dlaczego tak się stało. Lekarze mówili, że to częste zjawisko przy pierwszym dziecku i nie potrzeba badań. Badałam się więc na własną rękę. Wszystko wskazywało na zaburzenia mojej płodności. Zwykli lekarze nie byli w stanie podjąć leczenia dlatego zapisałam się do naprotechnologa. Dalsze diagnozy wskazywały na kolejne nieprawidłowości, wdrożyliśmy leczenie. Dołączyliśmy też do wspólnoty rodziców po stracie dziecka przy kościele. W tym czasie w rodzinie ciąże, narodziny, chrzciny, huczne urodziny…
U nas zaś podejrzenie drugiego poronienia. Było mi niesamowicie ciężko. Szukaliśmy pomocy poprzez uczestnictwo w różnych nabożeństwach, odmawianie Nowenn… Byliśmy też na Mszy z modlitwą o uzdrowienie, a miesiąc później otrzymaliśmy indywidualne błogosławieństwo na Mszy dla małżeństw bezdzietnych w Wąwolnicy. Tam usłyszeliśmy obietnicę: za rok przyjedziemy dziękować. Chciałam w to wierzyć, ale były chwile, gdy całkowicie wątpiłam. Przez cały okres starań widziałam jak Bóg walczy o mnie, jak podtrzymuje mnie w wielu kryzysach. Nasz maluszek począł się z ogromnym prawdopodobieństwem w rocznicę poronienia, a narodził tak, że za rok mogliśmy pojechać przed figurę Matki Bożej dziękować. Cała ciąża, mimo wielu chorób i leczenia, przebiegła prawidłowo. Wiem, że to od Boga otrzymaliśmy naszego maluszka, a zwłaszcza dzięki wstawiennictwu Matki Bożej, dlatego nazwaliśmy córeczkę Maria – na Jej cześć i chwałę.

#15 świadectwo

Chciałabym podzielić się swoim świadectwem. Zacznę od początku… Zawsze marzyłam o dziecku i myślałam, że to nie będzie trudne bo przecież większość ludzi w moim otoczeniu posiada potomstwo i nie miało problemów z poczęciem. Dla mnie to było oczywiste, że szybko nam się uda i będziemy cieszyć się naszym własnym dzidziusiem. Niestety, nie było nam to dane. Po ślubie zaczęliśmy starać się
o dziecko… Mijały miesiące… Nic nie wskazywało na to, że cokolwiek się zmieni w naszym życiu. W końcu usłyszałam diagnozę – zespół policystycznych jajników, niedoczynność tarczycy, brak owulacji, nieprawidłowa macica itp. Lekarz jasno powiedział, że nigdy w tej sytuacji nie będę mogła mieć dzieci. To był dla mnie cios… Przepłakałam długi czas nie mogąc się pogodzić z tą diagnozą. Czułam się jak bezużyteczny wrak, który nie potrafi dać mężowi dziecka. Postanowiliśmy pójść do innych lekarzy ale diagnoza była taka sama. Dodatkowo mąż też miał problemy z płodnością. Za nami były długie starania i leczenie a dalej kolejne miesiące pokazywały negatywne testy ciążowe. Przy okazji dowiadywałam się o ciążach osób w otoczeniu a mi było tylko coraz ciężej. Nie mogłam się pogodzić z tym, że Pan Bóg nie chce nas obdarzyć tak pięknym darem jakim jest potomstwo. Nie wiedziałam wtedy, że Bóg ma swój plan dla nas w odpowiednim momencie życia a nie gdy my tylko tego chcemy. Gdy starania i leczenie nie dawały nic, poddaliśmy się. Zaczęliśmy się częściej modlić i chodzić do kościoła. Zawierzyłam nasze małżeństwo Bogu. W między czasie mieliśmy kryzys w małżeństwie i było naprawdę nieciekawie. Byliśmy o włos od rozstania. Jakiś czas po tym kryzysie który swoją drogą był też dla mnie sprawdzianem i lekcją, ujrzałam dwie kreski na teście ciążowym. Bóg ewidentnie chciał sprawdzić czy nasze małżeństwo stanie się silniejsze i wierzę, że ten czas był po to by nas umocnić w Nim. Dzięki tym wszystkim wydarzeniom nawróciliśmy się i umocniliśmy nasze małżeństwo. Nauczyliśmy się także pokory i cierpliwości. Pan Bóg nigdy nie opuszcza nas i wysłuchuje nasze prośby. Ma wspaniały plan dla każdego! Warto poczekać i zaufać Mu, aby zrealizował go w najodpowiedniejszy dla nas czasie. Bóg zapłać.

#14 świadectwo

Chciałabym się podzielić z Wami moim świadectwem. Jesteśmy z mężem młodym małżeństwem, chociaż mamy po 33 lata. Od razu po ślubie zapragnęliśmy mieć dziecko. W końcu kiedy się udało po wizycie u ginekologa okazało się ze na USG nic nie widać (miał być to 7 tydzień ciąży). Pani ginekolog poinformowała mnie, że to było bardzo wczesne poronienie albo ciąża jest jeszcze bardzo młoda. Zleciła mi badana, powiedziała, że wiele zależy od wyniku. Poziom hormonu oznaczającego ciążę w odpowiedni sposób wzrastał. Z nadzieją ponownie zgłosiłam się do pani doktor, która poinformowała że przy takim wyniku muszę być w ciąży. Niestety pęcherzyk ciążowy zagnieździł się w przydatku (to jest pomiędzy jajnikiem, a jajowodem ) Diagnoza ciąża pozamaciczna, skierowanie na „już” do szpitala z informacją, że nie ma szans, że będę mieć zabieg, że jest to zagrożenie mojego życia. W drodze do szpitala prosiłam Boga o cud. Poinformowała też najbliższych i prosiłam o modlitwę… I stał się cud!!! Ponownie trafiłam na USG (w odstępie około 2 godzin od poprzedniego) pęcherzyk ciążowy znalazł się w macicy!!! W tym momencie poczułam wielką łaskę. Następnego dnia zadzwoniła do mnie przyjaciółka, którą także prosiłam o modlitwę. Zapytała czy wiem że to był cud, powiedziała, że to Pan Bóg przeniósł mi dziecko do macicy. Odpowiedziałam jej, że wiem i mocno w to wierze. I w tym momencie poczułam ogromne ciepło w dole brzucha. Tak jakby ktoś położył mi gorącą rękę. Dla Pana Boga nie ma nic Niemożliwego!!!!

#13 świadectwo

Chciałabym podzielić się z Wami swoim świadectwem.  W lutym zaszłam w ciąża, bardzo się cieszyłam ale jednocześnie miałam jakieś swoje obawy, ponieważ na początku ciąża była zagrożona. Gdy minął 12 tydzień i ciąża rozwijała się już prawidłowo, postanowiłam odmówić Nowennę Pompejańską w intencją urodzenia zdrowego maleństwa.

Po 30 tygodniu ciąży zaczęłam mieć upławy, nic więcej się nie działo więc stwierdziłam, że to pewnie jakaś infekcja. Moja mama KAZAŁA mi pójść do lekarza. Lekarz stwierdził, że te upławy nie są niczym niepokojącym. Na USG jednak okazało się, że moja córeczka zatrzymała się w rozwoju. Natychmiast trafiłam do szpitala, ponieważ groziła mi zamartwica płodu. Rozwiązano ciążę, pomimo złych rokowań moja córcia urodziła się zdrowa (!) będąc wcześniakiem i ważąc zaledwie 1750 g. Szczerze wierzę, że to Matka Boża pokierowała mną i moją mamą abym w odpowiednim momencie udała się do lekarza, pomimo świetnego samopoczucia, gdyż do planowanej wizyty moja córcia najprawdopodobniej już by nie żyła. Polecam wszystkim modlitwę Nowenną Pompejańską. Warto, Matka Boża nas prowadzi.

#12 świadectwo

Kochani, chciałam się z Wami podzielić świadectwem łaski i cudu, który otrzymałam od Pana Boga za wstawiennictwem Matki Najświętszej. Jestem mamą dwójki chłopców. Od dłuższego czasu nosiłam w swoim sercu pragnienie posiadania kolejnego dziecka – mianowicie córki. Długo prosiłam Pana Boga, aby pobłogosławił nam dzieckiem. Od zawsze marzyła mi się duża rodzina. Chciałam mieć gromadkę biegających po domu dzieci. Kilka lat temu zmarł mój jedyny brat, to pragnienie posiadania dużej rodziny spotęgowało się. W między czasie Pan Bóg postawił na mojej drodze wspaniałego lekarza endokrynologa, który objął mnie fachową opieka i właściwie przygotował do ciąży. Pomimo wielu przeciwności, typu niedoczynność, choroba Hashimoto – pomalutku się to udawało.

W styczniu natrafiłam na transmisję adoracji z modlitwą o uzdrowienie dla małżeństw o to proszących. Podczas transmisji online, padły słowa poznania, że (…) jest kobieta, która od dłuższego czasu prosi o córkę. Pan Ci ją da (…). Coś mnie dotknęło, poczułam jak łzy płyną po moich policzkach. Wiedziałam, że Pan Bóg przemawia do mnie. Jakiś czas później, okazało się że jestem w ciąży. Strach i niedowierzanie, a jednocześnie ogromna radość i wdzięczność za ten cud. Ciąża przebiegała dość problematycznie… Podczas badan prenatalnych potwierdziło się, że noszę pod sercem córeczkę. Malutka urodziła się miesiąc przed terminem z wagą… UWAGA!!! 3930g szczęścia i miłości. Poród przebiegł dobrze, szybko i bez komplikacji. Czułam Bożą opiekę w tym czasie i są to dla mnie najwspanialsze chwile. Okrzyknęli ją mianem „big wcześniaka”. Była największym dzieckiem na oddziale nawet wśród dzieci urodzonych o czasie. Martynka urodziła się w Maryjne Święto – nie mogło być inaczej! Od samego poczęcia Mamusia się nami opiekowała i wstawiała.
Nie mogę wyrazić swojej wdzięczności i wzruszenia i nadal nie mogę w to uwierzyć iż u progu 2019 roku prosiłam o dziecko – o wymarzoną córeczkę – a u schyłku roku trzymam ja w ramionach, tulę… Łzy same płyną mi po policzku i dziękuję za nią Panu Bogu i Maryi.

Moje świadectwo to również apel do małżeństw starających się o dziecko, aby nigdy nie tracili wiary, by nigdy się nie poddali i walczyli do samego końca… Pan Bóg uzdrawia, czyni cuda. Trzeba tylko zaufać, jak dziecko ojcu i całkowicie się mu oddać.

#11 świadectwo

Mam na imię Marlena. Miałam tu przyjechać z moim mężem ale niestety musiał wyjechać, ale jestem tu dzisiaj z moim 4 miesięcznym synkiem Kubusiem. Kubuś jest wielkim darem od Pana Boga… Bardzo mocno wymodlonym… Kiedy braliśmy ślub z moim mężem, oczywiste było dla mnie, że będziemy mieć dzieci… Nigdy bym sobie nawet nie pomyślała, że nie będę mogła ich mieć, więc gdy pojawił się problem to dla mnie był naprawdę szok. Mijały miesiące, mijały lata – dziecka nie było. Oczywiście jeździliśmy po lekarzach, wydaliśmy majątek na wizyty, na leczenie… Dostałam diagnozę, że mam niedrożne oba jajowody i nigdy nie będę mogła mieć dzieci… Zaproponowano nam in vitro, ale oczywiście odmówiliśmy z moim mężem – wiedzieliśmy, że nie jest to wolą Pana Boga abyśmy w taki sposób starali się o dziecko. Postanowiliśmy, że Mu zaufamy… Pojawiał się oczywiście po ludzku smutek, żal. Kiedy byłam już w takim kryzysie pamiętam, że otworzyłam Pismo Święte i dostałam takie słowo: „będziesz miała syna” aczkolwiek nadal miałam wiele wątpliwości. Zaczęliśmy modlić się z moim mężem modlitwą różańcową – zawsze modlitwa różańcowa była mi bardzo bliska – Maryja nigdy mnie nie zostawiła. Ta modlitwa sprawiała, że zaczynaliśmy Bogu ufać, zostawiliśmy mu całe nasze życie i wszystko co się dzieje w naszym życiu. Czasem pojawiały się jakieś spięcia i kłótnie, zwłaszcza gdy nie modliliśmy się razem – do tej pory tak jest, że jak przestajemy się razem modlić zaczynają się jakieś spięcia. Jakiś czas temu pojechałam do sióstr Matki Bożej Miłosierdzia z Gdańska na rekolekcje dla kobiet. Pamiętam, jak ksiądz wystawił pudełko na ołtarzu podpisane „Jezu Ty się tym zajmij”. Mieliśmy napisać list do Pana Boga… Ja wylałam wszystkie swoje żale na kartkę. Wyrzuciłam Mu wszystko co mi leży na sercu i pozostawiłam na ołtarzu. Z rekolekcji wróciłam z wielkim pokojem… W miedzy czasie bardzo wiele osób się za nas modliło: znajomych, nasza wspólnota do której należymy, wspólnota modlitwy o potomstwo, siostry… Bardzo mocno tą modlitwę odczuwaliśmy. Wiedzieliśmy, że ten czas oczekiwania jest planem Pana Boga, że chciał przez to zmienić nasze małżeństwo, relacje, wlać pokój i zrozumieć że nie zawsze dostajemy wszystko to czego chcemy, ale czasami on ma inny plan na nas. Ten plan zawsze jest dobry. W wakacje pojechaliśmy do Medjugorie tam zostawiliśmy wszystko i też wróciliśmy z takim wielkim pokojem w sercu, wiedzieliśmy że wszystko będzie dobrze. Dokładnie rok temu byliśmy tu w Sanktuarium Matki Bożej Brzemiennej w Matemblewie na modlitwie o uzdrowienie, pamiętam że było wystawienie Najświętszego Sakramentu, ja już wiedziałam że będę w ciąży. Z takim wielkim uśmiechem patrzałam na Pana Jezusa. Zrobiliśmy kolejne badania drożności jajowodów i okazało się, że oba są drożne… Ciąża nie była łatwa, od początku była określona „ciąża wysokiego ryzyka”. Przez cały czas były zastrzyki, wysokie TSH, niski progesteron, trombofilia i wiele różnych chorób. Całą ciąże miałam wątpliwości czy wszystko będzie dobrze i czy Kubuś się urodzi zdrowy… Urodził się zdrowy! Dostał 10 punktów i jest super rozwijającym się dzieckiem. Z mężem należymy do wspólnoty. Taka ciekawostka… W naszej wspólnocie są na początku spotkań takie grupy dzielenia… Grupa męska i żeńska. Ja jestem w żeńskiej części gdzie jest 7 osób. Trzy osoby w tym ja, bardzo chciałby mieć dziecko i były w tym ogromne trudności. Wszystkie borykałyśmy się z niepłodnością, wiele lat. Modliłyśmy się także za siebie nawzajem. I pewnej jesieni w ciągu 2 miesięcy wszystkie przyszłyśmy z nowiną, że jesteśmy w ciąży. Wiec też błogosławiłyśmy Pana, że okazał taką sprawiedliwości i każdą obdarzył potomstwem. Była wielka radość w naszej wspólnocie. Żeby było śmieszniej każda z nas urodziła syna, więc tez się śmiałyśmy, że nie wyróżnił żadnej. Chciałabym Wam powiedzieć, żebyście nie tracili nadziei. Bóg jest naprawdę dobry! Czasem potrzeba czasu, ale wierzę że będzie Wam Błogosławił. Chwała Panu!

#10 świadectwo

Moje problemy zdrowotne zaczęły się, gdy osiągnęłam pełnoletniość – prezent z okazji 18-tych urodzin od życia brzmiał naprawdę groźnie- rak złośliwy tarczycy, a ja w myślach wybierałam kolor trumny usłyszawszy taką diagnozę… Bóg jednak miał względem mnie zupełnie inne plany, ale wiedział również, ze dobrze będzie mną potrząsnąć..🙂 po dwóch operacjach na pozbycie się markerów nowotworowych dostałam w gratisie radiojod, który – jak okazało się wiele lat później – zniszczył mi rezerwę jajnikową, a usłyszeć w wieku 28 lat słowo ‚menopauza’ i ‚raczej nigdy nie będzie pani mieć dzieci’, gdy człowiek marzy o założeniu rodziny- nie jest łatwo….
Również od czasu raka do czasu innych diagnoz łatwo nie było, a to za sprawą 10 lat szukania dobrego ginekologa, który by ogarnął układ hormonalny wraz z całym zapleczem endokrynologicznym… Po 10 latach bezowocnych poszukiwań Bóg postawił na mojej drodze wyjątkowego doktora – naprotechnologa Adama Kuźnika w Skoczowie. Zlecał ogromna ilość badan, wnikliwie analizował wyniki i karty obserwacji cyklu, wspaniałe dobierał leczenie, diagnozujących kolejne i kolejne problemy, które razem dadzą w przyszłości hucznie brzmiąca diagnozę: niepłodność pierwotna. Dr Kuźnik jednak prócz ogromnej wiedzy jaką zdobył w Stanach Zjednoczonych (wszyscy naprotechnolodzy tam tylko mogą się uczyć) nigdy nie powiedział: nigdy nie będzie pani mamą. Choć zawsze mówił, że będzie ciężko…
Po drodze wyszłam za mąż, ciąża nie przydarzyła się nigdy, a po 1,5 roku rozpoczęliśmy konkretne starania, które tez nie przynosiły owoców… Wtedy sięgnęłam po ostatnia deskę ratunku – ta, która nigdy mnie nie zawiodła- Modlitwę! Najpierw od października do moich ukochanych Świętych- Rity, patronki spraw beznadziejnych i niemożliwych, św. Dominika, św. Józefa, św. Jana Pawła II, św. Gerarda, św. Stanisława Papczyńskiego. To było moją Ostoją! Moja Ekipa, która prowadziła mnie aż do samego porodu, której dziś dziękuję…. gdy po kilku miesiącach modlitw nadal ciąży nie było – włączyłam kolejną broń – Nowennę Pompejańską, wiedziałam, że jest ‚nie do odparcia’!
Po Świętach Wielkanocnych okazało się, że jestem w upragnionej ciąży… Bałam się bardzo, każdego dnia polecałam to dzieciątko Bogu i moim Świętym… Po 25 tygodniach bajecznej ciąży, Palec Boży sprawił, że pojechałam na ‚przypadkową’ wizytę z usg, a potem na sygnale do szpitala – z maksymalnie skróconą do 1 cm otwierającą się szyjką i wpuklonym pęcherzem płodowym… Gdybym nie trafiła do szpitala, urodziłabym, bo objawów nie miałam żadnych, a dziecko nie miałoby szans na przeżycie…. W szpitalu zaczęły się za mnie modlić setki osób – rodzina, znajomi i nieznajomi, grupy modlitewne i inne… i wtedy zaczęły się dziać kolejne wielkie cuda- syn się nie urodził, pęcherz płodowy odpłynął, szyjka się wydłużyła, założono mi nawet pessar i wyszłam do domu, cały czas modląc się, by to wyjątkowe Dziecko urodziło się w terminie żywe i zdrowe… Tak tez się stało – największy Cud zdarzył się tuż przed Świętami Bożego Narodzenia- siłami natury w ekspresowym tempie przyszedł na świat zdrowy chłopak Filip Dominik! Chwała Panu! Chwała Matce Bożej z Pompejów! Wszystkim Świętym Orędownikom! A wszystkim ludziom ze wspaniałymi sercami, także z projektu Modlitwa o potomstwo jeszcze raz bardzo dziękuje za modlitwę!
Jola

#9 świadectwo

Po blisko 14 latach małżeństwa, po 40-tce, gdy po ludzku już wydawało się że nie ma szans, 2 kwietnia przyszła na ten świat nasza córeczka Grace Mary. Dla Boga nie ma rzeczy niemożliwych! Jesteśmy małżeństwem blisko 14 lat, staraliśmy się o dziecko długo, ale nic z tego nie wychodziło. Po wielu wielu latach zaczęłam godzić się z tym, że nie możemy mieć dzieci. Po 9 latach małżeństwa mieliśmy z mężem poważny kryzys, który okazał się punktem zwrotnym w naszym życiu. Pomimo trudności i cierpień, Bóg wyprowadził z tego kryzysu dobro. Bliska mi osoba powiedziała mi wtedy o Nowennie Pompejańskiej. Maryja wzięła mnie pod swoje skrzydła, nie zostawiła samej. Dzięki Różańcowi, dzięki Niej, nasze małżeństwo się odrodziło na nowo, umocniło się i dojrzało. A przede wszystkim Maryja zaprowadziła nas do Jezusa. Zbliżyliśmy się do Boga, najpierw ja a z czasem i mąż . Nasza relacja z Bogiem się odnowiła i pogłębiła, bo wcześniej to bywało różnie. Wtedy, po 10 latach małżeństwa, niespodziewanie wydarzył się cud. Dowiedzieliśmy się z mężem, że spodziewamy się dziecka. Byliśmy bardzo szczęśliwi, bo dzięki Bogu okazało się że jesteśmy płodni. Niestety, straciliśmy to dzieciątko w pierwszym trymestrze. Po ludzku było ciężko, ale dzięki Bogu mieliśmy siły by przejść przez wszystko. To co się stało dało nam mimo wszystko nadzieję, że możemy mieć dzieci, jeśli taka jest wola Boża. Zaczęłam modlić się o dziecko, wtedy zaczęłam też modlitwę w Róży o potomstwo.

Modliłam się również o dobrego lekarza ginekologa, by nas poprowadził.
Trafiłam do dobrego Bożego ginekologa, pani doktor porządnie się nami zajęła, przebadała i monitorowała moje cykle. Okazało się, że mamy problem natury genetycznej, nie da się nic zrobić, więc mogliśmy liczyć tylko na cud. Niebawem okazało się, że spodziewamy się drugiego dzieciątka. Ale i tym razem dziecko umarło w 9 tygodniu. Wtedy natrafiłam na fb na stronę „Kobieta jest boska” i poprosiłam o objęcie modlitwą również mnie i męża. Bliskie osoby i przyjaciele modlili się również w naszej intencji. Na początku 2018 roku straciliśmy trzecie dzieciątko, również w 9 tygodniu. Cierpienie związane ze stratą naszych dzieci ofiarowaliśmy zawsze Bogu w intencji za dusze w czyśćcu. Ufamy, że te cierpienie nie poszło na marne. Że Bóg chciał od nas tej ofiary, by zbawić dusze. A także, by przez cierpienie nauczyć nas pokory, ufności i oddania się Bożej woli. W międzyczasie zawierzyłam Maryi w Niepokalanowie nasze pragnienie potomstwa, byśmy umieli przyjąć wolę Bożą niezależnie jaka będzie. A moja dobra koleżanka zawierzyła nas Maryi na Jasnej Górze. W lipcu 2018 po raz czwarty dowiedzieliśmy się, że spodziewamy się dziecka. Byliśmy szczęśliwi, że Bóg kolejny raz nam pobłogosławił. I byliśmy wyjątkowo spokojni, mielibyśmy pokój w sercu, oddaliśmy wszystko Bogu. Niezależnie jaką drogę nam przygotował. Od początku również zawierzyliśmy dzieciątko pod opiekę Św. Rodziny. Poszłam na badanie, na potwierdzenie ciąży do mojej ginekolog. Okazało się, że był 6 tydzień i pierwszy raz w życiu usłyszałam bicie serduszka dziecka. To był cudowny moment.

Dzięki Bożej opiece oraz opiece Maryi i św Józefa, nasze dziecko rosło zdrowo i na każdej wizycie serduszko biło, a dzidziuś rósł prawidłowo.
Mamy za co wielbić i dziękować Bogu! Nie dość, że pobłogosławił nam dzieciątkiem, to ciąża przebiegła bez większych problemów. Kochani, modlitwa działa cuda! Czasem trzeba cierpliwości i ufności, trzeba poczekać dłużej na cud, ale nasze modlitwy zawsze są wysłuchane. Prędzej czy później. Nie możemy tracić wiary i nadziei, nie możemy się poddawać. Ufajmy Bogu, w Jego nieskończone miłosierdzie. I prośmy Maryję o wstawiennictwo i opiekę, Ona nas nigdy nie zawiedzie. Dziękuję z całego serca Siostrom oraz wszystkim, którzy się modlili za nas.

#8 świadectwo

Nasza droga do stania upragnionymi rodzicami była długa i bezowocna – trwała ponad 7 lat. Już po zawarciu małżeństwa marzyliśmy o potomstwie, niestety…
Chodziliśmy do lekarzy i wszyscy twierdzili to samo, że zostanie rodzicami droga natury dla nas jest niemożliwe. Długie leczenia hormonalne było nie tylko naprawdę trudnym ale i kosztownym przeżyciem dla naszego małżeństwa. Wszystkie starania były bezowocne… Z dnia na dzień i z roku na rok traciłam nadzieje zostanę mamą. Ciągle modliłam się do Boga prosząc o cud i miłosierdzie. Tylko modlitwa i inne świadectwa dawały silę, by nie stracić nadziei.

I stal się cud…
Zaszłam w ciąże z bliźniakami, co również było ryzykowne, lekarze ciągle obawiali się o poronienie, ale modlitwa była jedynym i najlepszym lekarstwem.
6 czerwca na świat przyszły dwa aniołki Kristian i Gabriela. Chwała Panu!

Dziękujemy wspólnocie Modlitwa o potomstwo, wszystkim świętym i orędownikom. Niech moje świadectwo będzie udowodnieniem tego, że z pomocą Boga to co niemożliwe staje się możliwe. Tuląc do siebie maluchy dziękuję Bogu najwyższemu za ten cud.

Współczuje każdemu małżeństwu, które stara się bezowocnie o potomstwo i nawołuje do modlitwy, bo tylko ona dodaje sil, leczy dusze i uzdrawia. Miłosierdzie Boże nie ma granic i nasze szczęście jest tego świadectwem.

#7 świadectwo

W czerwcu 2017 roku straciliśmy córkę Weronikę. Cały ból po stracie dziecka zamknął mi serce na Bożą Miłość. Leżąc na łóżku marzyłam, aby ktoś przeniósł mnie w inny czas. W włączonym nagraniu usłyszałam słowa z Pisma Świętego.: „Ufaj córko!! Pan Nieba obdarzy cię radością w miejsce twego smutku. Ufaj córko!!” . Zła na Niego i traktując te słowa niemal jak żart uczepiłam się ich jak ostatniego ratunku. I tak przetrwałam pogrzeb i czas żałoby aż do 20 listopada. Tego dnia dowiedziałam się, że znów jestem w ciąży… Zaczęłam się modlić o życie dla tego dziecka. Myślałam, że modlitwa będzie zaklęciem, które sprawi, że nie stracę tej kruszynki i że cała ciąża będzie idealna, książkowa, bezproblemowa. Bóg miał inny plan. Przygotowywał moje serce na zmiany – Boże zmiany. 28 listopada pojechałam na spotkanie wspólnotowe z totalnie nieznanym mi człowiekiem. Mówił nam On o sile modlitwy oraz o tym, czym jest Wspólnota.
Tego samego wieczoru trafiłam do szpitala z poważnym krwotokiem. Siedząc i czekając na lekarza wiedziałam już, że tracę moją kruszynkę. Nie miałam sił na modlitwę.. Trafiłam dość szybko na badanie ginekologiczne – lekarz nie dawał mi nadziei… Krwawienie było za mocne a skrzepów było za dużo. Nie robiąc wcześniej USG lekarz starał się przyspieszyć to co podświadomie uznaliśmy obydwoje za nieuniknione – poronienie. Dopiero na moją prośbę aby zakończył badanie ponieważ już nie mogłam wytrzymać bólu przy ucisku brzucha stwierdził, że zrobi USG i zatrzyma mnie w szpitalu. Nigdy nie zapomnę chwili kiedy ujrzał na monitorze moje dziecko, a po chwili pokazał także mi, że pęcherzyk ciążowy trwa w macicy nienaruszony, że poronienia nie ma. Skąd zatem to krwawienie? Lekarz kazał mi pozostać w szpitalu myśląc, że zaszkodził mi i mojemu dziecku i że może jednak dojść do poronienia. Jedynym wskaźnikiem, oprócz oczywiście braku krwawienia miał był wzrost hormonu HCG po kilku dniach. Dowiedziałam się, że jeśli będzie rósł to będzie znaczyło, że moja kruszyna żyje. Całym sercem tego pragnęłam, jednak rozum mówił inaczej. Przesłałam wiadomość do Kamili z prośbą o modlitwę, a ona przekazała ją dalej do wspólnoty. Nie wiedziałam że tego wieczoru ze znajomymi modlili się za te dziecko. Już tego wieczoru krwawienie ustało. 29 listopada moja wspólnota brała udział we Mszy Świętej z modlitwą o uzdrowienie a ja wsłuchiwałam się w nią poprzez telefon. Nie modliłam się. Po prostu trwałam w ciszy, nie liczyłam na cud. Pragnęłam tylko, aby jakoś przetrwać ten czas. Czas bez nadziei. Bez liczenia na cud.
On jednak się wydarzył!!! 30 listopada lekarz przyszedł rano z najpiękniejszą informacja: HCG rośnie! Pozostało zrobić USG. Pokazało ono zaczątek życia. Moje dziecko żyło! Nie myślcie sobie, że cała ciąża była piękna i radosna. Co jakiś czas pojawiało się plamienie, skurcze ale i także wiadomość, że mam toksoplazmozę, która powoduje poważne wady u płodu. Potem powróciła mi dysfunkcja błędnika, której w ciąży się nie leczy.. Dziś patrzę na te wydarzenia jako na plan Boga, który był w każdym tym wydarzeniu, w każdej chwili obawy o to dziecko i mówił wciąż Słowami: „Ufaj córko!!! Pan Nieba obdarzy cię radością….” A ja?? Wątpiłam, ufałam, wątpiłam, bałam się, potem byłam spokojna. Jak na sinusoidzie. Piszę wam to aby pokazać Boży cud ale także doświadczenie, w którym Pan kształtował moją duszę. Stwarzał ją na nowo.
Dziś piszę to świadectwo trzymając na rękach córeczkę – Oriane. Kiedy patrzę w jej oczy, to widzę spojrzenie Boga pełne miłości, ufności i pokoju, które nadal mówi : „Ufaj córko..” a ja nie mogę przestać Mu dziękować przez łzy. On jest Panem życia i obdarował nas nim w niesamowity sposób. Niech Bóg będzie uwielbiony!!!

#6 świadectwo

Rok temu zaszłam w ciąże. Byłam pełna paniki jak to będzie. Nie mieliśmy jeszcze własnego mieszkania, ja dopiero zaczynałam rozwijać się zawodowo… Niestety w sierpniu ciąże poroniłam. To był dla mnie cios… Załamałam się kompletnie, nie potrafiłam przestać płakać, unikałam całkowicie tego tematu, bo fizycznie i psychicznie nie dawałam sobie rady, do tego doszedł. Widziałam zaangażowanie męża, który chciał mi pomóc, ale sama nie wiedziałam jak.. On też nie wiedział jak może mi pomóc – sam też cierpiał. W końcu przestaliśmy o tym rozmawiać, unikaliśmy tego tematu, a ból się pogłębiał. Jedynym ratunkiem była relacja z Nim. Relacja wtedy tak trudna, że jedyne co słyszałam to cisza, dlaczego tak się stało? Co to miało zmienić w nas? We mnie? Nie potrafiłam wtedy nawet rozmawiać o tym z Bogiem. Czułam niezrozumienie, tym bardziej, że w konfesjonale zapewniano mnie, że już jestem matką. Mimo wszystko chciałam trwać przy Nim, bo wiedziałam, że tylko On może mi pomóc. Lekarz stwierdził też, że dobrze by było poczekać z poczęciem 3 miesiące. Wtedy też po rozmowie z mężem, z Panem Bogiem stwierdziliśmy, że to On będzie decydował kiedy mamy stać się rodzicami i nie ważne w jakim będziemy miejscu w życiu, jeśli On tego będzie chciał to to przyjmiemy. Długo nie musieliśmy czekać, bo już we wrześniu zaszłam w drugą ciążę. Byłam tak szczęśliwa, że wiedziałam że tym razem musi się udać. W dodatku we wrześniu odebraliśmy klucze do naszego mieszkania.

Wszystko zaczęło się układać. Już wtedy od samego początku w głowie miałam tylko jedno imię Szymon. Nawet nie byłam w stanie sprawdzać innych imion, bo w głowie miałam słowa: „to i tak będzie Szymon, nawet nie szukaj innych imion”. No i stało się, usg pokazało, że będzie synek. Wtedy też, jadąc na każda wizytę i usg prosiłam nasze pierwsze dzieciątko o wstawiennictwo, za swojego brata, by wszystko było dobrze. Któregoś razu podczas sprzątania pomyślałam sobie co w ogóle oznacza to imię, Szymon oznacza „Bóg wysłuchał”. Wtedy też przypomniałam sobie jak dziewczyny z Modlitwa o potomstwo zapewniły nas o ciągłej modlitwie za nas. To się nazywa siła modlitwy! 7.06.2019 przyszedł na świat nasz synek, Szymon Jan. Wymodlony nasz mały cud. Piszę to świadectwo, nie tylko dodając siły i wsparcia parom, które starają się o potomstwo, ale również po to by ufały, że Pan Bóg ma nas wszystkich w swojej opiece nawet jeśli myślimy, że jesteśmy sami. Mimo też strachu przed porodem, bólem, cierpieniem stwierdziłam, że On nie może mnie zostawić w takim dniu, że wiem na milion procent, że będzie ze mną i ten cały strach, lęk który funduje nam zły, zwyciężę będąc z Nim. Okazało się, że urodziłam bez znieczulenia (które było przewidziane) w niecałe 5h zdrowego synka. Nie ma rzeczy, które nie jesteśmy w stanie przejść, jeśli mamy obok siebie Boga. Dziś, patrząc na mojego synka widzę nie tylko dziecko. Widzę żywy cud, który pokazuje ile w stanie jesteśmy zrobić dla drugiego człowieka. To niesamowite, że człowiek jest w stanie poprosić o dar otrzymania drugiego człowieka dla kogoś. Otaczamy wsparciem i modlitwa wszystkie pary starając się o potomstwo. Módlmy się za siebie nawzajem i wierzmy, że wszystko co Bóg dla nas zsyła jest nie bez przyczyny, wszystko nas czegoś uczy. Niech uczy nas przede wszystkim miłości do siebie nawzajem.

#5 świadectwo

Z żoną jesteśmy razem już prawie 14 lat z czego ponad 6 w małżeństwie. O problemach zdrowotnych, które mogą prowadzić do niepłodności wiedzieliśmy jeszcze przed ślubem. Moja żona miała zdiagnozowany zespół policystycznych jajników, który wiąże się z zaburzeniami owulacji, ja zmagałem się z żylakami powrózka nasiennego. Nasze starania o poczęcie zaczęliśmy ponad 3 lata temu, mając świadomość, że nie będzie łatwo. Obserwacja cykli mówiła nam, że do tamtego momentu ponad półtora roku poprzedzających starania były bezowulacyjne. Ginekolożka, która leczyła żonę zaproponowała nam, żebyśmy spróbowali wywołać owulację farmakologicznie. W pierwszym wspomaganym cyklu pojawiła się owulacja, w drugim dała początek nowemu życiu. Nie mogliśmy uwierzyć w nasze szczęście. Niestety, na wizycie okazało się, że zarodek rozwija się za wolno. Mimo to, wiedząc o nieregularności cykli, oddaliśmy nasze niepokoje Bogu i oczekiwaliśmy kolejnej wizyty. Do wizyty nie doczekaliśmy… Żona w 7 tygodniu ciąży zaczęła plamić. Pełni obaw, ale nadal nadziei, pojechaliśmy do szpitala. Tam lekarz po badaniu oznajmił, że nie uwidacznia echa serca i ciąża jest obumarła. Lekarz polecił zgłosić się do ginekolog prowadzącej ciążę. Od wizyty w szpitalu do wizyty u lekarki upłynęło kilka dni. Były to najgorsze dni w naszym życiu. Pełne rozpaczy, ale też wielkiej nadziei. Zawierzyliśmy nasze życie Bogu i Matce Najświętszej. Nie pamiętam, żebyśmy kiedykolwiek wcześniej tak żarliwie się modlili. Modliliśmy się o cud i o to, żeby to wszystko okazało się pomyłką. Tak się jednak nie stało… To były najgorsza dni w naszym życiu. Nie dzieliliśmy się nowiną o stracie z najbliższymi, było nam ciężko o tym z kimkolwiek rozmawiać, ale mieliśmy siebie i to było najważniejsze… Dopiero w Święta podzieliliśmy się naszym smutkiem z najbliższą rodziną. Mimo wszystko cały czas ufaliśmy, że z całej tej sytuacji wypłynie dobro. Do naszych modlitw o poczęcie i urodzenie dziecka dołączyły modlitwy naszych rodziców i rodzeństwa.

Żona nie była zadowolona z wcześniejszego leczenia oraz braku, w naszym mniemaniu, odpowiedniej diagnostyki, dlatego kontynuując przyjmowanie leków zaczęła się rozglądać za innym lekarzem i tak trafiliśmy do ginekologa, który współpracuje z naprotechnologiami. Po pierwszej wizycie kontrolnej zostaliśmy namówieni do spotkania z instruktorem metody Creightona i do umówienia wizyty u lekarki, która zajmuje się leczeniem niepłodności. Kilka tygodni później okazało się, że żona jest w kolejnej ciąży. Wizytę przełożono na wcześniejszy termin, żeby jak najszybciej włączyć leczenie podtrzymujące ciążę. Po wizycie żona miała zrobić jeszcze kolejne kontrole poziomu hormonu beta HCG, który na wczesnym etapie, potwierdza prawidłowy rozwój ciąży. Niestety tym razem też nie dano nam cieszyć się zbyt długo ciążą. Poziom hormonu nie rósł prawidłowo, a kontrolne USG nie pokazało, oprócz pęcherzyka, nic więcej i orzeczono tak zwane puste jajo płodowe. Między kolejnymi badaniami i wizytami modliliśmy się o cud, kiedy jednak diagnoza została postawiona, zaczęliśmy prosić znowu o „jak najlepsze rozwiązanie tej sytuacji”. Tym razem też udało nam się obyć bez tak zwanego łyżeczkowania.

Mimo kolejnego zawodu, nadal była w nas nadzieja. Troska jaką otoczyli nas lekarze dała nam pewność, że teraz już na pewno jesteśmy w dobrych rękach. Starania o poczęcie po konsultacji odłożyliśmy do czasu, kiedy zostaną wykonane zlecone badania. W świetle tych wyników, leczenie zostało zmienione, a my dostaliśmy zielone światło. W międzyczasie po jednej z Eucharystii połączonej z modlitwą uwielbienia modlono się nad nami w modlitwie wstawienniczej. Kolejne osoby dołączyły do grona modlących się za nas. To dodało nam wiary, że nasze prośby zostaną wysłuchane.

W trzecią ciążę żona zaszła w styczniu zeszłego roku. Myśleliśmy, że tym razem się uda nam ją utrzymać. Gdy tylko dowiedzieliśmy się o niej poprosiliśmy księdza o odprawienie Mszy w naszej intencji. Niestety, tak jak w poprzednim przypadku, tak też tą ciążą nie mogliśmy się długo cieszyć. Kolejny raz okazało się, że mimo wszelkich starań, ciąża nie rozwija się prawidłowo.W tym wszystkim najgorsze było chyba to, że nadal nie znaliśmy bezpośredniej przyczyny poronień. Żadne badanie nie przybliżyło nas do postawienia diagnozy, dlaczego tak się dzieje, a leczenie włączone na podtrzymanie ciąży było bardziej na zasadzie „na pewno nie zaszkodzi, a może pomóc”. Po ludzku zatrzymaliśmy się w punkcie, w którym nie można było już nic więcej zrobić.

W lipcu, żona natknęła się na facebook’u na profil modlitwa o potomstwo i postanowiliśmy poprosić o objęcie nas modlitwą. I tym sposobem kolejne osoby dołączyły do już sporego grona osób wspierających nas modlitwą.

Mimo wielu smutków, które nas spotkały zawsze ufaliśmy Bogu. To oczywiście nie znaczy, że nie przychodziły chwile zwątpienia w to, czy dane nam będzie biologiczne rodzicielstwo. Długo zastanawialiśmy się nad tym, czy w ten sposób Bóg nie daje nam znaku, żebyśmy odpuścili i pomyśleli o adopcji.
Ostatnia ciąża zdarzyła nam się żartobliwie mówiąc „przypadkiem”. To był czas, kiedy mieliśmy włączone kolejne leczenie, które „może pomoże” i mieliśmy odłożyć poczęcie do jego zakończenia oraz wizyty i badań kontrolnych po nim. Wizyta po leczeniu była już wizytą ciążową. Napisałem do wspólnoty z prośbą o jeszcze gorętszą modlitwę i dostałem zapewnienie, że będą wspierać nas modlitwą.

Tym razem Bóg wysłuchał nas i wszystkie życzliwe osoby, które nas wspierały, choćby westchnięciem. Bóg zatroszczył się o nas. Trafialiśmy na samych troskliwych lekarzy, którzy wspaniale się nami opiekowali z ogromną dbałością. Dzięki temu ciąża nareszcie rozwijała się prawidłowo. Wprawdzie nie należała do łatwych, a żona przyjmowała, jak to określali lekarze „wiadro leków”, ale wszystkie wyniki badań, a przez wcześniejszą naszą historię, było ich naprawdę dużo, wychodziły albo w normie albo z niewielkimi odchyleniami, które szybko były korygowane przez odpowiednie dawki lekarstw.
Tym sposobem w czerwcu powitaliśmy na świecie naszą wytęsknioną córeczkę, a oczekiwanie, mimo, że długie i trudne, a także miłość, którą otrzymaliśmy w tym czasie od wszystkich, którzy nas otaczali zbliżyły nas do Boga i do siebie nawzajem.

#4 świadectwo Ani i Rafała

Na pierwszej adoracji w Matemblewie w zeszłym roku, padły słowa poznania, że za rok o tej porze zostaniemy rodzicami… dokładnie tej Bożej obietnicy nie pamiętamy ale oboje z mężem spojrzeliśmy wtedy na siebie w jednym momencie i jakoś bardzo mocno poczuliśmy, że są to słowa skierowane do nas. Serca nam biły jak szalone.W moich oczach ogromne przerażenie i strach, a z drugiej strony wiedziałam, że to nie możliwe. Dlaczego? No właśnie po pierwsze ja słowa poznania, że będę mamą skierowane prosto do mnie usłyszałam dwa lata wcześniej i do tej pory nic się nie zadziało a z drugiej strony moje zdrowie i zalecenia lekarzy nie pozwalały na to. Przeszłam cztery poważne operacje i dwa zabiegi. Kiedy usłyszałam te słowa pobiegłam do lekarza aby upewnić się czy aby na pewno nie!!!! I wtedy kolejny raz usłyszałam, że nie ma takiej możliwości z resztą z takimi wynikami i z tak zaawansowaną chorobą hashimoto nie ma szans na zajście w ciążę. Wtedy nawet trochę się ucieszyłam, bo z jednej strony bardzo pragnęłam dziecka a z drugiej strony bardzo się bałam.

Kiedy zaszłam w poprzednia ciążę o którą staraliśmy się 10 lat nasze małżeństwo bardzo mocno się posypało. Więcej czasu rozmawialiśmy o rozwodzie niż o naszym dziecku, na które czekamy. Ciąża była bardzo trudna, leżenie w szpitalu i do tego ogromna samotność. Kompletnie tego nie rozumiałam, a w moim sercu radość zastąpiła złość na Pana Boga. Ciągle pojawiające się pytanie dlaczego? Dlaczego Panie Jezu obdarowujesz mnie dzieckiem a zabierasz męża? Nie rezygnowałam z modlitwy choć to był czas kiedy było bardzo trudno się modlić.Trwało to wszystko parę lat. Moja modlitwa a raczej ciągłe pretensje i zadawanie pytań przeradzały się w coraz to bliższe relacje z Panem Bogiem. Tak bardzo wtedy zbliżyłam się do Niego, z każdym dniem Pan Bóg stawał się coraz mi bliższy, stawał się moim najlepszym przyjacielem, ja czułam się coraz bardziej kochana i rozumiana, moje słowa żalu i złości przemieniały się w słowa kocham Cię. Ta bliskość z Panem Bogiem zbliżała mnie do mojego męża. Jego ogromna miłość i bliskość leczyła nasze małżeńskie relacje. Zrozumienie siebie, budowanie zaufania a przede wszystkim wybaczanie sobie sprawiły, że miłość w naszym małżeństwie pojawiła się ze zdwojoną siłą. Wszystko się ułożyło, oboje bardzo zbliżyliśmy się do Pana Boga, choć dziś już wiem, że to Pan Bóg zaprosił nas do tej bliskiej relacji, przyjaźni bo bardzo nas kocha. I kiedy po raz pierwszy usłyszałam słowa, że zostanę mamą bardzo się ucieszyłam i jeszcze bardziej przestraszyłam. Bałam się, że kiedy pojawi się dziecko małżeństwo znowu się sypnie. Ale miesiące mijały, rok drugi i dziecka niema. Często nawet wątpiłam w te słowa, myślałam że ksiądz się pomylił, że może coś jest nie tak. Po jakimś czasie zostaliśmy zaproszeni tu do Matemblewa do wspólnej modlitwy za pary starając się o potomstwo. Wtedy pomyślałam my …..i już na pierwszym spotkaniu te słowa, że za rok…..patrząc wtedy na Pana Jezusa oddałam Mu każdy mój niepokój serca, każdy lek i strach, to był moment kiedy przebaczyłam mężowi z tak miłością jaka otrzymuje od Pana Boga. W moim sercu jakby pojawiła się zgoda, na to co Pan Bóg chce nam dać. Po kilku miesiącach okazało się, że jestem w ciąży i dokładnie rok później 2 września urodziła nam się córeczka Helenka. Pan Bóg daje nam słowo, a ono nie wypełnia się, czekamy miesiąc rok a nawet i dłużnej, często zaczynamy wątpić a nawet rezygnujemy z modlitwy ze spotkania z Jezusem, bo nie ma sensu, bo nic się nie dzieje, że te słowa chyba jednak nie do nas. Nic bardziej mylnego.

Dziś już wiem, że Pan Bóg zawsze wypełnia swoje słowa. Ale to my często nie jesteśmy gotowi aby je przyjąć. Dlatego też wraz ze słowem, które nam daje, daje nam czas. Czas, w który pozwala nam dojrzeć do tego słowa. Oczyścić i przygotować serce na przyjęcie tego co Pan Bóg chce nam dać. Ten czas, który otrzymujemy pozwala nam poprzez Jego słowo zbliżyć się do Niego, do drugiego człowieka, uczy nas dialogu miłości bo Bóg jest miłością. Dziś wiem, że wtedy dwa czy trzy lata temu nie byłam gotowa aby przyjąć słowo, które Pan Bóg dla nas przygotował, dziś rozumiem dlaczego tak długo musiałam czekać. Pan Bóg tak bardzo nas kocha, zawsze wypełnia swoje słowa, wystarczy Mu zaufać. Bliskość i przyjaźń z Panem Bogiem czyni cuda. Powiedz Mu tylko tak.
Chwała Panu. Ania i Rafał

#3 świadectwo Anny i Mariusza

Jesteśmy małżeństwem od 14 lat a od około 8 lat staraliśmy się o potomstwo. Nie była to dla nas łatwa droga, ponieważ za każdym razem kiedy zachodziłam w ciążę kończyło się to stratą, poronieniem. Wtedy zwiedziliśmy wiele gabinetów ale żaden lekarz nie potrafił nam pomóc. Każdy tylko rozkładał ręce i zlecał kolejne badania. Byliśmy na Mszy z modlitwą o uzdrowienie i to był ten moment kiedy powiedzieliśmy dość! Dość tych doświadczeń, jeśli Bóg nam nie pomoże to nikt nie jest w stanie nam pomóc. Później pojechaliśmy na kurs nowe życie, gdzie oddaliśmy swoje życie Jezusowi, uznaliśmy Go Królem i Panem naszego życia. Tą konkretną sprawę jaką jest rodzicielstwo oddaliśmy Bogu. Modliłam się przez 2 lata 8 grudnia w Godzinie Łaski, prosząc o dar potomstwa. Gdy pojechałam 3 raz tego dnia na modlitwę nie byłam świadoma, że pod moim sercem rozwija się już Jaś. Długo nie trzeba było czekać na owoce modlitwy ponieważ w grudniu dzień przed wigilią dowiedzieliśmy się, że po raz kolejny zostaniemy rodzicami. Bardzo cieszyliśmy się z tego powodu aczkolwiek nie potrafiłam pokazywać tego szczęścia, ponieważ cały czas chodziły mi myśli po głowie: czy to się uda? Czy dziecko się urodzi? Czy nie będziemy kolejny raz cierpieć z tego powodu? W lutym na Mszy z modlitwą o uzdrowienie było takie proroctwo: „Pan przychodzi do rodziców, którzy niedawno poczęli dziecko, On przychodzi do Was z pokojem. Tamte poczęcia były tracone, ale to poczęcie mam moc utrzymać”. Uchwyciłam się tego proroctwa jak ta kobieta cierpiąca na krwotok, która całe swoje mienie wydała na lekarzy i nic jej nie pomogło i dopiero kiedy uchwyciła się płaszcza Jezusowego została uzdrowiona. Nie wiedziałem wcześniej dlaczego spotykałam się w Piśmie Świętym ciągle z tym czytaniem, ale teraz już wiem. Bóg miał dla nas swój plan, swój najlepszy, wspaniały plan. Kiedy w lipcu trafiliśmy do szpitala czułam się wyjątkowo, ponieważ cały czas czułam obecność Jezusa… W personelu, w lekarzach i zwłaszcza przy porodzie. Cały czas Jezus był przy mnie. Jasiu się urodził jako nasze pierwsze a zarazem piąte dziecko. Ania

Bóg jest wielki, Bóg ma potężną moc. Bóg jest zawsze z nami. On potrafi wszystko zmieniać. I tak przemienił właśnie nasze życie, poprzez to, że dał nam naszego upragnionego syna – Jasia. Kiedy byliśmy w szpitalu kiedy był ten moment porodu czekając na korytarzu na jego narodziny miałem w sobie wewnętrzny pokój, bo Bóg zapewnił nas, że On jest cały czas przy nas.. Nawet się za bardzo nie modliłem bo wiedziałem, że On tam jest i ma to w swojej opiece. Kiedy Jasiu się urodził dostałem go na 2 minuty do rąk. Dowiedziałem się, że ma problemy z oddychaniem i musi trafić do innego szpitala. Nie kłóciłem się z Panem Bogiem dlaczego tak jest, bo wiedziałem że Pan Bóg tak jak powiedział: „ zapewniam Was, że Ja zawsze z Wami jestem. Nie bójcie się”. Jadąc do szpitala do naszego synka, prosiłem tylko Pana Boga abym nie ujrzał takiego obrazu podpiętego Jasia pod jakąś aparaturę – i Bóg to uczynił. Kiedy trafiłem na salę, Jasiu leżał samodzielnie oddychając, to była dla mnie takie Boże zapewnienie. Za to Tobie Chwała Boże! Mariusz

#2 świadectwo Lucyny i Tomka

Kochani! Chciałam się z Wami podzielić kawałkiem swojego życia…Pewnego dnia dowiedziałam się, że jestem chora, że mam raka. Polscy lekarze załamywali ręce mówiąc: „nie mamy pomysłu na Pani leczenie, został Pani rok życia…” Szukałam pomocy poza granicami Polski.. Znalazła się klinika za granicą, która mi mogła pomóc i tak też się stało. Teraz jestem zdrowa, nie ma nawrotów choroby, badania i wyniki są książkowe i nikt by w życiu nie powiedział, że chorowałam.. Wydawałoby się, że już będzie dobrze… Bardzo dobrze pamiętam rozmowę z TOMKIEM (z moim Mężem) jeszcze przed naszym ślubem na temat tego: ile chcemy mieć dzieci… Odpowiedź nasza była taka sama TROJE. I absolutnie w tamtym czasie nie myśleliśmy, że ten plan będzie dla nas aż tak trudny do zrealizowania. Wyszłam za mąż… jak to każda kobieta: piękna suknia, ślub, wesele, podróż poślubna, życie takie błogie i radosne i nagle okazuje się że, jestem w stanie błogosławionym. Dla nas to była przeogromna radość, szczególnie po takiej chorobie jaką ja przeszłam. W 13 tygodniu ciąży okazało się, że dziecko zmarło, serce przestało bić i trzeba to dziecko usunąć. Trzeba… bo nic się nie da zrobić.

Nie ma słów, które by opisały co kobieta czuje w takim momencie i nikt nigdy tego nie zrozumie jeśli sam tego nie doświadczy. Dla mnie i dla mojego męża był to ogromny ból, ogromny żal do Pana Boga… Ale w tym wszystkim Pan Bóg dał nam taką siłę bycia przy Nim. Ciężko mi powiedzieć czy w tym czasie modliliśmy się z moim mężem, bo to chyba nie była modlitwa ale po prostu w milczeniu trwaliśmy przy Panu Bogu aby dodawał nam sił. Wiedzieliśmy, że Pan Bóg nie chciał śmierci tego dziecka i że On na pewno coś z tym zrobi. Po jakimś czasie okazało się, że znowu jestem w ciąży i ten sam scenariusz. Czy z każdą kolejną stratą dziecka było łatwiej? Absolutnie nie. Każde dziecko pokochaliśmy od pierwszego dnia kiedy dowiedzieliśmy się o Jego istnieniu. Żyłam w nadziei do końca, że po badaniu USG przed podaniem tabletki usłyszę, że dziecko żyje.

Po stracie drugiego dziecka usłyszałam, że mamy dać sobie spokój bo nie ma szans abym doniosła żywe dziecko a jeżeli doniosę to jest duże prawdopodobieństwo, że będzie chore. Krzyczałam na Pana Boga, wiem że on wysłuchał mojego krzyku, jako kobiety, jako matki.. Z drugiej strony wiedziałam że te dzieci są przy mnie, przy moim mężu… Czuwają, mają imiona bo to są nasze dzieci my jesteśmy ich rodzicami.

Maciek urodził się jako nasze czwarte dziecko a Kinga jako szóste.

Do końca życia zapamiętam ten dzień, gdy byłam w ciąży z Kingą.. Od rana bardzo się bałam wizyty u lekarza i prosiłam Dobrego Boga o pokój serca. Lekarz bardzo skrupulatnie mnie badał, była ogromna cisza… I usłyszałam „Pani Lucyno niestety serduszko dziecka nie bije”… Kazał mi się ubrać i ze skierowaniem do szpitala miałam jechać na usunięcie martwego dziecka, które było pod moim serce. W gabinecie była ogromna cisza. Lekarz wypisywał skierowanie a ja w sercu bardzo się modliłam słowami Jezu Ufam Tobie… Aż nagle lekarz wstał i powiedział, że jeszcze raz mnie zbada. Rozpoczęło się badanie na nowo w ogromnym skupieniu i ciszy. Nagle usłyszałam: ku….. jest serce, bije!!!!!!!!!

Popłakałam się jak małe dziecko a lekarz spojrzał na mnie i nie mógł uwierzyć w to co się wydarzyło… Dzisiaj ten CUD ma prawie 2 lata i każdego dnia dziękujemy Miłosiernemu Bogu za Kingę. Dla Boga nie ma nic niemożliwego! Ufać do końca – jakże bardzo to ważne. Maciek i Kinga są zdrowymi dziećmi, pełnymi radości i chęci życia. Nasze serca płakały bardzo po stracie, ale nigdy nie straciliśmy z Mężem Nadziei. Nie zawsze potrafiliśmy rozmawiać z Bogiem ale zawsze staraliśmy się czuwać przed Nim razem – nawet w milczeniu i żałobie. Kochani w oczach Boga wszystko jest możliwe 

#1 świadectwo

Pragnę się podzielić swoją radością z upragnionego synka i podziękować za modlitwę. Właśnie tulę do snu pięknego dużego chłopca, którego sama nakarmiłam własnym mlekiem. Wszystkie te rzeczy są zdziwieniem dla lekarzy a oszałamiającym szczęściem i darem dla mnie.

Pod koniec wywiadu przy przyjmowaniu do szpitala na oddział położniczy usłyszałam pytanie od zdziwionych położnych: jak pani zaszła w ciążę? To mi uświadomiło, że przebyłam długą drogę i podjęłam walkę, którą nie każdy podejmuje. Chorowałam na niedoczynność tarczycy, zespół policystycznych jajników, insulinooporność i endometriozę. Zanim trafiłam do NaPro Centrum byłam źle zdiagnozowana i w wyniku terapii środkami antykoncepcyjnymi miałam też depresję, która jak wiadomo nie pomaga w założeniu rodziny… No i otyłość to na nią lekarze zawsze zwracali uwagę jako główna przeszkodę i moją winę. To zawsze był pierwszy argument dlaczego leczenie nie przynosi skutków i zarzut u każdego lekarza u którego byłam. Każda z moich chorób dyskwalifikowała mnie do naturalnego poczęcia według większości lekarzy, którzy uważali, że w moim przypadku skuteczne będzie tylko invitro. Piszę to świadectwo dla wszystkich par, które latami zmagają się z niepłodnością, lekceważeniem ich godności przez lekarzy, samotnością, poczuciem winy, złością i ogromnym nieopisanym bólem i tęsknotą. Po latach diagnozowania usłyszałam mając dwadzieścia siedem lat, że raczej nie będę mieć dzieci. Potem już dostałam na wypisie ze szpitala oficjalnie plakietkę: niepłodność. Zastanawiałam się po co kupiliśmy takie duże mieszkanie, skoro nie będzie naszej gromady wyśnionej, teraz trzeba wykończyć i spłacać kredyt. Po co braliśmy ślub? Gdzie, jak znaleźć nowe cele i marzenia w życiu? To były strasznie trudne lata dla naszego małżeństwa a szczególnie dla mojego poczucia własnej wartości. Jestem tym bardziej wdzięczna wszystkim, którzy nie wstydzili się mówić o swoich trudnościach, o walce, osobom, grupom które się za nas modliły, pielgrzymom niosącym moje intencje. Bez Was nie otworzyła bym się na miłość i łaskę. Stałam się lepszą kobietą, żoną zanim zostałam matką. Taka kolej rzeczy ma sens..

Gdy się zaufa, kieruje wiarą, nadzieją i miłością i otacza ludźmi – w tym lekarzami np. jak my z NaPro Centrum, którzy kierują się tym samym, to dzieją się wspaniałe rzeczy. Niech również Was wypełni wdzięczność i uwielbienie.